Pozdrowienia z Etiopii
utworzono: 2010-02-08 12:18Egipt, Sudan, Etiopia, Kenia, Tanzania, Zambia, Zimbabwe i RPA znajdują się na trasie podroży Ryszarda Karkosza - mieszkańca Jaworzna, który wraz z innymi uczestnikami wyruszył na wyprawę rowerową po drogach i bezdrożach Afryki. W ciągu 10 miesięcy podróżnicy planują przejechać 12 tysięcy km od Kairu w Egipcie do Kapsztadu w RPA.
Wyprawa organizowana przez stowarzyszenie rowerowe Welocypedy.pl. pod patronatem Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz Polskiego Związku Kolarskiego.
Ryszard Karkosz w relacji dla nas pisze:
"Wczoraj minęło 100 dni od naszego wyjazdu z Polski. To zaledwie niewiele ponad 3 miesiące, a wrażeń tyle, że można byłoby napisać solidną książkę. W Egipcie spędziliśmy 23 dni, w Sudanie 30, a teraz od 46 dni przemierzamy Etiopię. Przejechaliśmy na rowerach, jak dotąd, 4500 km.
Afryka cały czas nas zaskakuje. Każdy kraj jest inny. Egipt, to jedno wielkie muzeum. Wspaniale zabytki Kairu i Luksoru - piramidy, świątynie, klasztory, to obiekty wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na ulicach miast pełno policji i wojska.
Ciekawym przeżyciem był 24-godzinny rejs promem przez olbrzymie Jezioro Nasera z Asuanu w Egipcie do Wadi Halfa w Sudanie. Sudan z kolei, to największy kraj Afryki, osiem razy większy od Polski. To kraj olbrzymich przestrzeni między miastami i wielkich upałów. Zaraz po wjeździe kupiliśmy na bazarze 5-litrowy garnek i patelnię, i odtąd wieczorem przy ognisku gotujemy i smażymy posiłki. Utrudnia nam to trochę jazdę, bo oprócz solidnych bagaży musimy także wozić gary, drewno, wodę i produkty spożywcze, ale wreszcie jemy to co chcemy - rożnego rodzaju zupy, makaron albo ryż z mięsem lub warzywami, jajecznicę, naleśniki czy sałatki jarzynowe lub owocowe.
Wigilię i Boże Narodzenie spędziliśmy już w Etiopii, do której wjechaliśmy 23 grudnia. Wigilia była smutna, bo daleko od rodzin i znajomych. Namioty rozbiliśmy w zagajniku, daleko od ludzkich osiedli. Zapalone świeczki podkreślały uroczysty nastrój. Chleb zastąpił opłatek. Długo wspólnie śpiewaliśmy kolędy.
Na przełomie roku odbyliśmy 6-dniowa piesza wyprawę na najwyższy szczyt Etiopii Ras Daszan (4.543 m n.p.m). Rowery i bagaże zostawiliśmy w magazynie biura Narodowego Parku Gor Semion, gdzie wpłaciliśmy stosowną opłatę. Wynajęliśmy obowiązkowego skauta z bronią oraz 2 tragarzy i po 5 dniach marszu - 3 stycznia zdobyliśmy szczyt. Niestety tylko w dwójkę, bo jeden z kolegów pierwszego dnia skręcił nogę, a drugi zrezygnował po 3 dniach wędrówki. w drodze na Ras Daszan spotkaliśmy liczne rodziny małp oraz kozice górskie. Razem z nami na szczyt weszła trojka Polaków z Warszawy, Częstochowy i Krakowa, którzy przylecieli do nas do Etiopii i spędzili z nami 3 tygodnie.
Etiopia, to jeden z najuboższych krajów świata, bardzo trudny do podróżowania na rowerze. Cały czas jedziemy po górach na wysokości ponad 2000 m. Strome podjazdy i ostre zjazdy, dużo remontowanych odcinków dróg oraz stada krów, owiec i kóz znacznie utrudniają jazdę. Do tego dochodzi marne zaopatrzenie w sklepach oraz ciągłe poszukiwanie wody, która poza miastami można zdobyć jedynie w studniach, gdzie ustawiają się tasiemcowe kolejki. Na szczęście upały nie są tak duże jak w Sudanie, a kilka razy wieczorem nawet trochę pokropiło. Sporym utrudnieniem w Etiopii są dla nas brak łączności oraz kradzieże. Często po kilka dni nie mamy zasięgu telefonii komórkowej, a dostęp do internetu jest tylko w dużych miastach. Mimo ze staramy się pilnować swoich bagaży sporo rzeczy nam zginęło. Straciliśmy namiot, aparat fotograficzny, telefon komórkowy, portfel z niewielka gotówką, polskie książki, płyty CD, ładowarkę i akumulatory do aparatu fotograficznego, okulary przeciwsłoneczne, a nawet deskę do krojenia warzyw.
Od polowy stycznia jedziemy w "trojkę", bo kolega z Warszawy zrezygnował z dalszej jazdy i wrócił do Polski. Los nie oszczędził także innego uczestnika ekipy z Sochaczewa, który w grudniu ponad godzinę przebywał w areszcie policyjnym, a 1 lutego w jego organizmie wykryto obecność malarii i tyfusu. 7 grudnia w Sudanie zwiedzaliśmy piramidy, znacznie mniejsze od egipskich. Teren był otwarty, nie ogrodzony, nie było żadnych tablic informacyjnych. Po zrobieniu zdjęć ruszyliśmy dalej w drogę. Po kilkuset metrach jazdy zatrzymała nas policja i zażądała okazania biletów. Jak się okazało takie bilety można nabyć w sąsiednim mieście, o czym nie mieliśmy pojęcia. Ruszyliśmy dalej, ale policja zatrzymała jadącego na końcu kolegę i doprowadziła do aresztu, w którym przesiedział ponad godzinę, aż do wyjaśnienia sprawy i wniesienia odpowiedniej opłaty. Druga przykra sytuacja która spotkała naszego kolegę miała miejsce kilka dni temu. Wieczorem 30 i 31 stycznia miał wysoką gorączkę, ponad 40 stopni, ale rano temperatura spadała. Mimo tego podjął jazdę do odległej o 2 dni Addis Abeby, choć mu odradzaliśmy. Jechał z trudem, ale otrzymywał tempo jazdy. I wtedy stała się rzecz niezwykła.
Zatrzymał się VW-bus, z którego wysiadł Niemiec w średnim wieku, by zrobić nam zdjęcie, gdy zobaczył flagę Polski na bagażniku roweru. Przy okazji zaproponował podwiezienie chorego kolegi do Addis Abeby - gdzie mieszkał, a nam wszystkim pobyt u niego w domu. Gdy po 2 dniach dotarliśmy do stolicy Etiopii, kolega był już po badaniach w szpitalu. Stwierdzono u niego obecność malarii i tyfusu. Na szczęście były to niezbyt groźne dla życia odmiany i przepisano mu antybiotyki. Wspomniany Niemiec okazał się specjalista od budowy dróg. Wcześniej pracował m.in. w Islandii i Izraelu, a niedługo wyjeżdża do RPA. Od 3,5 roku mieszka w Addis Abebie, gdzie rząd niemiecki wynajmuje mu domek z ogródkiem i budynkiem gospodarczym, w którym jest garaż, pralnia i wc. Mieszkamy u niego od 1-go lutego w namiotach na ogródku nie płacąc za pobyt. Wreszcie porządnie się wymyliśmy i przez 2 dni robiliśmy pranie. Pierwszego dnia gospodarz przygotował nam kolację - makaron z warzywami oraz sałatkę jarzynowa. Zrewanżowaliśmy się następnego dnia przygotowując zupę z porów z grzankami oraz kotlet mielony ze smażoną kapustą oraz ziemniakami. Do tego nasz dobroczyńca zaserwował wino i soki.
W Addis Abebie codziennie zwiedzamy rożne obiekty. Byliśmy w Muzeum Etnograficznym oraz Muzeum Narodowym, gdzie jest ekspozycja szkieletu legendarnej Lucy, najstarszego znaleziska na ziemi szkieletu ludzkiego sprzed 3,5 mln lat. Odwiedziliśmy także Marcado - największy w Afryce bazar oraz pałac cesarza Hajle Selassiego, który rządził Etiopia w latach 1930-1974. Dziś jest to budynek uniwersytecki, a muzeum poświęcone cesarzowi znajduje się na pietrze. Pałac, a właściwie pałacyk jest miejscem akcji książki Ryszarda Kapuścińskiego "Cesarz". Uzyskaliśmy też w ambasadzie Kenii wizy za jedyne 25 dolarów US. Do tego kraju zamierzamy wjechać pod koniec lutego.
Jak dotąd nie mamy kłopotów z rowerami. Od czasu do czasu musimy tylko zakleić przebita dętkę. Humory też dopisują, bo Afryka choć stwarza wiele problemów wciąż nas zaskakuje swoją egzotyką.
Pozdrowienia dla mieszkańców Jaworzna".
Ryszard Karkosz

