Podobno jest kilka prawd: cała prawda, półprawda i g… prawda. W Polsce istnieje jeszcze jedna: najmojejsza prawda i racja.

Ostatnio zauważyłem, że ludzie strasznie warczeli na siebie, pewnie to wina izolacji społecznej. Ale generalnie ludzie się kłócą. Na każdym kroku sprzeczki na tle politycznym, finansowym, o zwykłą rację. Mam wrażenie, że my, Polacy, jesteśmy skłóceni ze sobą na potęgę, widać w społeczeństwie podział zdań przy każdej możliwej okazji.

 
Sprawy polityczne na każdym szczeblu, od administracji lokalnej do państwowej, wywołują konflikty. Taka podobno uroda demokracji. W latach osiemdziesiątych, jako małoletni obserwator wydarzeń wszelakich, zwróciłem uwagę na wybory w USA. Jak to było możliwe, że kandydat wygrywał tak niewielką ilością głosów, często w układzie procentowym 51:49. W głowie jeszcze niewykształconej mi się to nie mieściło, bowiem w krajach demokracji ludowej i socjalizmu paskudnego wygrywało się przecież 99:1. Oczywiście z czasem zrozumiałem mechanizmy rządzące w różnych ustrojach, zobaczyłem też, jak zachowuje się opozycja, jaka by nie była. W tym kraju nie buduje się czegoś, wytyka się błędy tym, którzy budują i na dobrze zorganizowanej marketingowo niechęci przejmuje się władzę. Bo tylko o to tu chodzi. Gdy czasem widzę, co wyprawia się, aby tylko dostać się na stołki rządzących – włos mi się jeży na plecach i dostaję nerwowych rumieńców niczym młode adeptki Koła Gospodyń Wiejskich na festiwalu w Sosnowcu. Tak jest lokalnie, tak jest na szczeblach ogólnopolskich. Co ciekawe opozycja, która dochodzi do władzy, „dorabia się” kolejnej opozycji, działającej na tej samej zasadzie. Czas wyborczy to medialna jatka, a mamy permanentny tego przykład od 2 lat (2018 samorządowe, rok temu Sejm, w tym roku „neverending story” z prezydenckimi). Ale polityka to polityka i bagno, które nigdy nie będzie źródlaną wodą.

 

 

W związkach partnerskich wszystko działa jak w polityce. Albo mamy ustrój totalitarny, albo wątpliwej jakości demokrację. O ile totalitaryzm w związkach był domeną jeszcze jakiś czas temu, to od czasu gdy panie zaczęły walczyć o parytety, optyka na związki zmieniła się. Samiec alfa, domowy macho za dwie dychy, mający zawsze rację i trzymający w objęciach terroru rodzinę, stał się przeżytkiem. Niektórzy do dnia dzisiejszego wspominają ze łzą w oku czasy sprzed emancypacji.

 
Opowiadała mi sąsiadka, kobieta około siedemdziesiątki, że tęskni za mężem, który umarł dawno temu. No to pytam, czemu nie związała się z nikim później. Odpowiedziała: A wiesz, jak starsze pary się kłócą? Potrafią się do siebie nie odzywać po miesiąc i więcej, mieszkając w jednym pokoju” Zdziwiłem się, po przecież po tylu latach ludzie powinni być dotarci ze sobą jak idealnie pasujące elementy maszyny. Ale okazuje się, że nie. Oglądam zawsze z rozrzewnieniem publikowane zdjęcia, na których znajdują się nagradzane pary za długoletnie pożycie małżeńskie, na przykład na 50 lat wspólnego pożycia. I mówię sąsiadce, że to fajne. A ona na to: To jest nagroda za wytrwałość. I za to, że się nie pozabijali. Trudno to sobie wyobrazić, ale podobno wielu starszych mężczyzn staje się złośliwymi, kłótliwymi i bardzo roszczeniowymi. Strach pomyśleć, jaki ja będę, gdy dożyję sędziwego wieku, o ile się uda.

 

 

A przecież, jak jest chcenie, to jest i możenie. Tylko jak chcenia nie ma, to się nie da nic zrobić.

 
Wśród pokolenia trzydziesto i czterdziestolatków też nie jest lepiej. Koleżanka, na pozór szczęśliwa mężatka powiedziała kiedyś, że małżeństwo powinno trwać 5 lat, z możliwością milczącego przedłużenia. A jak nie, to idziesz do Urzędu Stanu Cywilnego i kończysz bez ceregieli związek, składając odpowiednie oświadczenie plus opłata skarbowa za 5 zł. Oczywiście było to powiedziane w kategorii żartu (co dziwne, przez kobietę, a sądziłem, że to męskie szowinistyczne świnie mają takie pomysły). Tyle, że takie rozwiązanie też by się nie sprawdziło, bo sąd w sprawie rozwodowej najpierw ma obowiązek utrzymać małżeństwo i upewnić się, czy jego rozkład na pewno nastąpił, w razie scedowania sprawy na odpowiedni urząd, rozwiązywanie małżeństw następowałoby znacznie częściej. A tak to jeszcze można się dogadać. Wystarczy chcieć, uspokoić emocje i spojrzeć na problemy z innej perspektywy. Tak, wiem, że nie zawsze jest to takie proste, ale czemu nie spróbować? Jedno jest pewne: należy się cieszyć, że w naszym kraju nie ma łatwego dostępu do broni palnej, bo na pewno nasze zwady tak polityczne, jak społeczne kończyłyby się krwawymi jatkami…

Wojciech P. Knapik

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here