Henryk Czich

Wokalista, gitarzysta, klawiszowiec, kompozytor, współzałożyciel zespołu Universe. Po śmierci Mirosława Breguły w 2007 roku został liderem zespołu i jego wokalistą. Niedawno wystąpili w Jaworznie w ramach szczakowskiego cyklu  Dobry Koncert. Rozmawialiśmy z artystą o recepcie na sukces, śp. Mirku i związkach zespołu z Jaworznem.

Lubicie grać na Śląsku?

Lubimy grać wszędzie, ale z racji, że pochodzimy ze Śląska, często tutaj występujemy. To tu wszystko się zaczęło, 35 lat temu. Pochodzę z Rudy Śląskiej, a Mirek urodził się w Chorzowie. Spotkaliśmy się przypadkowo w Katowicach, podczas przesłuchań do Studia Piosenki. Nie znaliśmy się wcześniej, przyjechaliśmy w tym samym momencie. Każdy z uczestników miał zaprezentować przed komisją jeden utwór. Pamiętam, że śpiewałem „Deszczową dziewczynę”, a Mirek „Izabellę”. Styl, w którym śpiewaliśmy, nie do końca odpowiadał organizatorom. My natomiast zwróciliśmy uwagą na siebie. Ja zawsze marzyłem, aby założyć zespół, więc zagadałem do Mirka i tak nawiązaliśmy kontakt. Zaprosiłem go do domu. Pamiętam, że spotykaliśmy się nawet dwa, trzy razy w tygodniu. Każdy z nas miał już wtedy swoje piosenki, a później powstało wiele wspólnych utworów.

Niektóre z nich czekają jeszcze na nagranie?

Właściwie na swoje teksty. W tych pierwszych latach skomponowaliśmy bardzo dużo utworów. Żeby nie zapomnieć melodii, jeśli wpadł nam jakiś temat do głowy, często tego samego dnia pisaliśmy tekst. Do dzisiaj zostało kilka takich piosenek. Nie mieliśmy wtedy obciążenia, że ktoś będzie tego słuchał, po prostu tworzyliśmy. Takich piosenek zebrało się około 150. Ciągle mam dylemat, które utwory zagrać na koncercie, a które pominąć.

Gracie na scenie od 35 lat i cały czas w tym samym stylu, nie ulegacie modzie, trendom…

Miałem kiedyś plan, aby wprowadzić nowe aranżacje, inne bębny, rytmy czy klawisze, ale w końcu stwierdziłem: właściwie po co? Universe jest taki sam, ma swój styl. Mamy takie piosenki, że można je śpiewać nawet przy ognisku. Np. piosenkę „Wołanie przez ciszę” śpiewamy od wielu lat. Mimo że nie grają jej w stacjach radiowych, jest znana i ludzie śpiewają ją z nami na koncertach.

No właśnie, firmy fonograficzne nie chciały wydawać płyt, stacje radiowe puszczać piosenek. Ale wbrew temu byliście i jesteście na rynku muzycznym, zawsze macie tłumy na koncertach.

Jesteśmy w domach fanów od trzech pokoleń, „przewinęliśmy się” przez życie wielu osób. Fani utożsamiają się z naszymi tekstami. Nie musimy podobać się wszystkim i nie każdy akceptuje nasze piosenki, ale gdyby się wsłuchać uważnie, to myślę, że z każdej płyty, a mamy ich 14, jakieś dwie, trzy piosenki na pewno się podobają. Gdyby zapytać fanów, który utwór najbardziej im się podobał, to zazwyczaj podają kilka tytułów. Najczęściej typują: „W perły zmienić deszcz”, „Mr. Lennona”, „Wołanie przez ciszę” i „ Zostań ze mną”.

A kto pracuje nad tekstami, bo one ocierają się trochę o poetykę?

Teksty powstają pod wpływem refleksji, chwili. Muzyka, aranż i wokal muszą być kompatybilne. Nasze teksty mają pewny przekaz, głębię, cytuje się je jak złote myśli. Nieraz piszę tekst w ciągu jednego dnia i jestem zadowolony, zdarza się, że gdy czytam go następnego dnia i mi się nie podoba, odstawiam na półkę i po jakimś czasie zmieniam. Poziom, jaki na ostatnich płytach prezentował Mirek, był już bardzo wysoki. Teksty pisane przez niego były tak zgrane z muzyką, że niekiedy boję się, by w czasie śpiewania czegoś nie zepsuć.

„W taką ciszę wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę, ciebie wołam…” – te słowa w 10. rocznicę śmierci Mirka, nabierają innego znaczenia.

Po śmierci Mirka zauważyłem, że wiele z nich ma drugie dno. Inaczej teraz słuchamy tych piosenek. Kiedyś śpiewałem te słowa, nie wgłębiając się w tekst, a teraz przychodzą wspomnienia. „Zanim się skończy czas, odpowiedz sam sobie, co wiesz o miłości, nie żałuj straconych szans…” – to są mocne teksty, które trafiają prosto w serce.

Piosenki dedykowane Mirkowi, baner z jego zdjęciem, na każdym koncercie tak go wspominacie?

Teraz jest okrągła rocznica. Pamiętam ten Dzień Zaduszny, w sobotę, o 7.30 zadzwonił telefon z tragiczną wiadomością. Dwa dni wcześniej rozmawiałem z Mirkiem o kolejnych koncertach. Dlatego wszystko, co teraz robimy, to z myślą o nim. Wydaje się, że cały czas jest gdzieś obok nas. Myślę, że gdyby mnie zabrakło, to Mirek postąpiłby podobnie.

A nie boli, że za życia Mirka nie doceniano jego twórczości i was jako zespołu?

To przykre, zwłaszcza, że ciągle trwa. To był jeden z najbardziej zdolnych polskich kompozytorów. Cały czas będę dbał o to, aby o nim pamiętano, będę o to zabiegał do momentu, kiedy zostanie doceniony. Cieszy, że fani pamiętają, oni są siłą i motorem do działania. Należy się cieszyć, że lata mijają, a my gramy, jakby Mirek był obok nas. Dostaję duże wsparcie od fanów, dzięki którym mogę kontynuować misję Mirka.

Wasz związek z Jaworznem to Marek Zdaniukiewicz, Roman Jońca i Maciej Talaga.

Z Markiem znamy się 25 lat, zaprosił nas na pierwszy koncert do Jaworzna, graliśmy podczas Festynu Rodzinnego SP nr 15. Na dachu, żeby lepiej było nas widać, rozłożyliśmy sprzęt, który wnosiliśmy przez okno toalety. Pamiętam, że dokuczał nam upał, papa lepiła się do butów. Innym razem zaproszono nas do jury konkursu wokalnego, w technikum przy Elektrowni Jaworzno III. Wtedy startował w konkursie Roman Jońca. Po paru latach znowu spotkaliśmy się z Romanem. Był już wtedy zawodowym muzykiem. Mirek zaproponował mu współpracę z Universe. Został przyjęty do zespołu i jako klawiszowiec grał z nami parę lat. Szybko chwycił klimat i świetnie się z nim grało. A Maciek współpracował z nami w studio w czasie sesji nagraniowych, nagrywał gitary akustyczne.

Podobno uczyliście jaworznian mówić gwarą śląską?

My zawsze przy nich godali. Jak Romek czy Marek jechoł z nami cołki dzień, to chcąc nie chcąc, musioł się trocha nauczyć godać, a Marek do dzisiaj wspomino, że musioł nom sztynder nosić.

Dziękuję za rozmowę.