Adam Ferency

Fot. Dawid Litka
Adam Ferency w Jaworznie

Aktor największych polskich scen teatralnych. Zagrał m.in. w spektaklach Jerzego Grzegorzewskiego, Tadeusza Łomnickiego, Gustawa HoloubkaKazimierza Kutza oraz w filmach i serialach m.in. Agnieszki Holland, Krzysztofa Kieślowskiego, Jana Jakuba KolskiegoAndrzeja Wajdy. Zdobywca Złotego Lwa za najlepszą pierwszoplanową rolę męską za rolę w filmie ”Kanalia” Tomasza Wiszniewskiego. Za role w słuchowiskach radiowych otrzymał nagrodę Wielki Splendor. W tegorocznych Spotkaniach Teatralnych w CK Teatrze Sztuk wystąpił w wyreżyserowanym przez siebie spektaklu „Dziennik przebudzenia” na podstawie prozy Jerzego Pilcha.

 

Wyliczyłem, że już od czterdziestu jeden lat jest pan na teatralnej scenie.

Czterdziesty drugi rok.

No właśnie. Czy myśli pan o emeryturze?

Jestem w wieku emerytalnym, ale nie zamierzam na nią przechodzić. Póki mnie nie kopną w tyłek, to nie.

A tematyka dzisiejszego spektaklu? Może nie tyle emerytalna, co raczej nawiązująca do śmierci. Dlaczego zabrał się pan za ten tekst?

Tak to się zbiegło z faktem, że jestem półtora roku po zawale. Śmiertelnym. Byłem dziesięć minut w śmierci klinicznej. Oczywiście ten spektakl chciałem zrobić już dawno, ponieważ jestem miłośnikiem prozy Pilcha i odczuwam jakieś z nim powinowactwo. Co prawda sam nie piszę, ale pewne rzeczy mamy wspólne. Jesteśmy prawie rówieśnikami, to znaczy on jest o kilka miesięcy młodszy. Mamy pewne podobne skłonności do używek i pewne skłonności do oglądania się za dziewczętami. Również mamy swoje choroby. On ma swoją, a teraz i ja swoją. Okazało się to już niemal oczywiste, że po prostu muszę ten spektakl zrobić. No i zrobiliśmy go.

Zawał i śmierć kliniczna zmieniają punkt widzenia?

Nie. W moim wypadku niczego nie zmieniły. Oprócz tego, że po czterdziestu siedmiu latach już nie wziąłem papierosa do ust. To tyle. Ale w podejściu do świata i do myślenia nie. Żadnej iluminacji nie przeżyłem. Jestem człowiekiem pozbawionym łaski wiary od czasu, kiedy miałem kilkanaście lat. I nic się w tej mierze nie zmieniło. Więc mogę powiedzieć, że ta śmierć w jakimś sensie poszła na marne.

Z wszystkich aktywności, które pan wykonuje, mam na myśli aktorstwo teatralne, filmowe, serialowe, dubbing, która dziedzina jest panu najbliższa?

Teatr, oczywiście. W teatrze jest moje miejsce. Tylko tam się czuję prawdziwie wolnym człowiekiem.

Kiedy pojawia się pan ze spektaklem w mniejszych miejscowościach, to nie jest tak, że duża część publiczności kojarzy pana tylko z ról serialowych?

Nie tylko w małych, ale we wszystkich miejscowościach tak jest.

To jest jakiegoś rodzaju piętno?

Nie odczuwam tego na pewno jako czegoś bolesnego. Czasami jest to dla mnie zabawne. Poza tym raczej mam do tego pogodny stosunek. Jeśli cztery lata grałem kamerdynera w „Niani” i uważam, że to jedna z moich lepszych ról, to cieszę się, że ludzie też tak uważają. Nie mam pod tym względem żadnych przykrości. Chociaż czasami się zdarzają, ale one nie wynikają z tego, że się zagrało tę czy inną rolę. Wynikają z braku kindersztuby u ludzi, którzy czasami atakują człowieka, uważając, że jest ich prywatną własnością. Bo jest u nich w domu „pod pilotem”. Czasami to bywa przykre, ale tylko czasami.

Właśnie. Bycie taką postacią, która jest niemal w każdym domu za sprawą seriali, kończy się czasem różnymi historiami w mediach plotkarskich. Jest to w jakiś sposób obciążające?

Nie zważam na to. Kompletnie mnie to nie interesuje. Jak się pojawiła prasa kolorowa, która zagląda wszystkim do łóżka i do nocnika, to przestałem się tym zajmować. Pokazywali mi różne wywiady ze mną, które się nigdy nie odbyły, a były po prostu przez kogoś napisane. Ale uznałem, że nie będę sobie tym zawracał głowy, bo mnie to nic nie obchodzi, kompletnie. Tak, że nawet nie do końca wiem, co wypisują.

Dziękuję za rozmowę.