Skąd pomysł na aktorstwo?

To wyszło przypadkiem, najpierw chciałem być piosenkarzem. Chodziłem do MCK na zajęcia z panią Ulą Warszawską i tam przede wszystkim śpiewałem i grałem na gitarze. Po maturze przeglądałem katalog wyższych studiów i trafiłem na studium piosenkarskie w Poznaniu. Zdałem egzaminy i zostałem słuchaczem tej szkoły. Za namową mojego profesora ze studium piosenkarskiego rozpocząłem naukę w nowo powstałej Akademii Sztuk Wizualnych, gdzie był kierunek aktorski. Na zakończenie szkoły zrobiłem dwa spektakle dyplomowe. Jeden z Bogusławem Kiercem. Podczas pokazu dyplomu, a to były Sonety Szekspira, zobaczyła mnie pani Augustynowicz, która zaangażowała mnie do swojego teatru. Odezwało się WKU, ale pomógł mi dyrektor teatru szczecińskiego i odrabiałem wojsko w teatrze.

A jednak piosenka była obecna w pana karierze?

Mama uczyła w szkole muzyki, a tata grał na gitarze. Z bratem Olkiem chodziliśmy do szkoły muzycznej, brat był zdolny, a ja… leniwy. Rodzice co dwa, trzy miesiące mówili: „To co Wojtku, kończymy już tę przygodę”.  Wtedy się mobilizowałem. Energii starczało na kolejne dwa, trzy miesiące. I tak w kółko. Skończyłem muzyczną i co jakiś czas w spektaklach i gram na klarnecie. Lubię śpiewać, w domu kultury w Jaworznie ćwiczyłem swój warsztat. Piosenka, gitara zawsze były obecne w moim życiu. Z bratem nagrałem pierwszą płytę, potem zostawiłem swój głos w różnych projektach. Np: „Tunel” czy „Jacek Kaczmarski. Lekcja Historii” (oba projekty to poezja Jacka Kaczmarskiego). W Teatrze Ateneum grałem w spektaklach muzycznych. W końcu trafiłem do Teatru Muzycznego we Wrocławiu, w Teatrze Capitol zagrałem Księcia Buckinghama w musicalu „Trzej muszkieterowie”.

Lubi pan rolę Bogdana w serialu „Na Wspólnej”?

Bardzo lubię pracować w „Na Wspólnej.” Jest tam świetna ekipa. Pamiętam, jak to się zaczęło. To był bardzo długi, kilkuetapowy casting. Moje dzieciaki zostały wybrane dużo wcześniej. Akurat byłem na planie filmowym „Ojca Mateusza”, kiedy dowiedziałem się, że wygrałem. Następnego dnia musiałem przyjechać na plan, więc miałem tylko parę godzin na nauczenie się roli. W pierwszy dzień miałem 16 scen do zagrania. Potem dołączyła do nas Ania Cieślak, z którą spotkałem się już przy innych projektach. Panuje tam rodzinna atmosfera, co dodatkowo stwarza świetny klimat. Czasem jest ciężko, ponieważ w tym serialu nagrywamy obiektami, np. gramy sceny w salonie. Wtedy zdarza się, że mamy 14 scen obiadowych czy śniadaniowych…

Czy często zdarza się panu być porównywanym do serialowego bohatera, być traktowanym jak gwiazdor?

Zdarza się, że ktoś mnie pozna w restauracji czy w sklepie. Ludzie generalnie reagują sympatycznie. Jedna osoba popatrzy na mnie jak na człowieka, a inna jak na celebrytę, to sprawa tej osoby, to w jej oczach jestem gwiazdą. Ostatnio jechałem z Wrocławia do Warszawy bla bla carem i potem znajomy przeczytał na facebooku post, że „celebryta” porusza się bla bla carem. Napisał: „szacun”, a dla mnie nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Lubi pan grać złe charaktery?

Oczywiście. Nie dość, że jest się złym, to jeszcze ci za to płacą… Bardziej zapamiętujemy czarne charaktery. Taka rola jest wyrazista i często bardzo atrakcyjna.

A jak sobie pan radzi z wyciszeniem emocji po zagraniu takiej trudnej roli, czarnego charakteru?

Praca nad rolą trwa około dwóch miesięcy, więc przygotowanie się do niej to też nauka w strefie emocjonalnej. Musisz stworzyć tak postać, aby była oddzielną skorupą, aby można było w każdej chwili ją zdjąć i wrócić do normalnego życia, do domu. Wówczas możesz śmiało dzień później wrócić do teatru i założyć ją na nowo. Nie jest to łatwe, zdarzało się tak wchodzić w postać, że dotykało to mocno emocji, ale musiałem sobie z tym poradzić. Nauczyć się „zdejmować kostium”. Sztuką jest oddzielić postać od życia, jest to nieraz trudne, ale jak najbardziej możliwe.

Film „Zero jeden zero” był dla pana ważny?

To była moja ostatnia praca z Piotrem Łazarkiewiczem. Ważny film, zwłaszcza dla mnie. Pomijając warstwę artystyczną, aktorską, to zawsze będzie mi się kojarzyć z Piotrkiem, bo też trochę dzięki niemu przeszedłem do Warszawy. Mówił: „Wpadaj do Warszawy. Zrobimy mnóstwo rzeczy”. Przyjechałem, a on umarł. Ostatni projekt kończyła Magda, jego żona.

Czego pan nie zrobi dla zagrania roli?

Nie zagram roli, która nie zgadzałaby się z moimi wartościami.

Niektórzy aktorzy twierdzą, że granie w serialach obdziera ich z talentu…

Możliwe, dlatego gram w teatrze. Bezpośredni kontakt z widzem daje mi energię. Pracuję zresztą nad wieloma projektami, mam co chwilę jakieś nowe wyzwania. Gram i w teatrze, i dubinguję filmy, bajki i gry. Koncertuję. Więc ta różnorodność otwiera mi umysł. Jestem szczęśliwy i spokojny. Wiem, że wiele jeszcze przede mną.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Szpak/Puls Jaworzna