Jacek Cygan, autor piosenek, poeta, juror, organizator festiwali muzycznych, osobowość telewizyjna. Napisał ponad 1000 tekstów piosenek, wiele stało się znanymi przebojami, zdobyło trofea na KFPP w Opolu, Eurowizji. Lista wykonawców piosenek z jego tekstami jest bardzo długa, warto nadmienić, iż pisał też dla Sylwii Grzeszczak, która niedawno koncertowała w Jaworznie. W ramach Dni Jaworzna, na zaproszenie Miejskiej Biblioteki Publicznej, Jacek Cygan spotkał się z jaworznianami i promował swoją książkę „Życie jest piękne”.

Wszystko zaczęło się w Sosnowcu?

Być może jestem waszym najbliższym artystą, bo też mieszkałem za Przemszą. W Sosnowcu spędziłem szczęśliwe lata dzieciństwa, mieszkałem z rodzicami w przedwojennej kamienicy, skąd z drugiego piętra było widać kominy elektrowni. Trójkąt Trzech Cesarzy to takie magiczne, historyczne miejsce. Spędzaliśmy wtedy dużo czasu na łąkach niedaleko granicy z Jaworznem. Przyjaźniliśmy się z też Basią Trzetrzelewską, to była nasza Basia kochana. Niedaleko Niwki była biblioteka, gdzie pracowała bardzo elegancka bibliotekarka, sąsiadką mojej matki chrzestnej. I to ona miała wpływ na to, co czytałem.

No to skąd później Wojskowa Akademia Techniczna?

W wieku młodzieńczym nie napisałem żadnego wiersza, tekstu. Owszem pisałem dobre wypracowania i dobry też byłem z matematyki, więc miałem dylemat, jakie studia wybrać. Zdecydowałem się na techniczne. Miałem do wyboru Gliwice, ale musiałbym wtedy dojeżdżać na uczelnię, bo akademik mi się nie należał. Poza tym chciałem się wyrwać z domu. Kiedyś przeczytałem o cybernetyce i postanowiłem studiować w Warszawie. Jedyny błąd, że nie doczytałem, iż to jest wojskowa akademia, bo może podjąłbym inną decyzję. Nie powiem, dała mi w kość. W trakcie studiów nie myślałem, aby zrezygnować, miałem świetnych wykładowców, uczelnia trzymała wysoki poziom. Po studiach przez kilka lat pracowałem na uczelni jako asystentem, uczyłem studentów, ale potem pisanie stało się ważniejsze.

Czy ma znaczenie dla kogo pan pisze: płeć, konkretny artysta?

Oczywiście. Nawet jeśli piszę „Jestem kobietą”, to piszę przez siebie… no bo kto się zna lepiej na kobietach, jak nie my mężczyźni. Zdarzyło mi się też odmówić artyście. Tak było z Krzysztofem Krawczykiem. Doceniam to, że dobrze śpiewa, ale zupełnie inne piosenki wykonujemy. Pochodzę z tak zwanego nurtu piosenki studenckiej. To zupełnie inny klimat.

Czy któryś wykonawca był szczególnie wymagający?

Miałem szczęście, że trafiłem na ugodowych wykonawców, ludzi, z którymi się rozumiałem. Jeśli jakiś wykonawca chciał pewnej zmiany, to się zgadzałem. Edyta Górniak właściwie przyjmowała wszystkie piosenki w takiej wersji, jakiej napisałem. Za wyjątkiem piosenki „Dotyk”, która najpierw miała charakter ballady fortepianowej, a potem zmieniono na wersję bardziej zmysłową, ze wspaniałym basem i tamten tekst nie pasował.

Napisał pan kiedyś piosenkę przez telefon?

Tak, dla Majki Jeżowskiej. Była wtedy w Chicago i pilnie potrzebowała piosenki. Dyktowałem słowa przez telefon i tak powstała piosenka „Wszystkie dzieci nasze są”. Miała ją wykonać na koncercie charytatywnym na rzecz polskich dzieci w stanie wojennym.

Jak się tworzy hity?

Najpierw słucham muzyki, nawet i 300 razy. Teraz jest mało osób, które piszą muzykę do mojego tekstu, to musi być sprawdzony artysta, do którego mam zaufanie – Włodzimierz Korcz, Krzesimir Dębski, Jerzy Kilar. Ale na pewno nie dałbym obcej osobie swojego tekstu, to musi być ktoś, kto ma wnętrze, duszę i potrafi coś wnieś do tego tekstu.

Czy takie piosenki uważa pan za spełnione, nie do poprawienia?

Z piosenką tak jest, że trzeba ją oddać w terminie. Czasami ma kilka wersji, zapisuję słowa ołówkiem na kartce, tak było np. z „ Wypijmy za błędy” czy „Jestem kobietą”. Ostatecznie muszę się zdecydować na jakąś wersję. Wiersz czy opowiadanie mogę pisać i zmieniać, a piosenkę muszę oddać w terminie, niezależnie od okoliczności. To jest honor tekściarza, autora piosenek. Pamiętam, jak Maryla Rodowicz przyszła do mnie i powiedziała: „Jacku tu masz melodię, muszę mieć słowa na rano. To w hołdzie Agnieszce Osieckiej.” Zagrała na gitarze i poszła. Każdy, kto pisze, musi wierzyć, że do 8,30 napisze. I napisałem o 4 rano. Jak się tego podjąłem, musiałem to zrobić, bo honor jest ważny.

Łatwopalni” to najważniejsza piosenka w pana życiu?

To jest nie tylko piosenka w hołdzie Agnieszce Osieckiej, ale też wszystkim tym, którzy szukają w sztuce realizacji, duszy i wiedzą, że to tak ważne, że dla tych kilku chwil warto poświęcić tak wiele, że to ważne w ich życiu.

Czy pierwsze wykonania piosenek są ostateczne?

Losy piosenek są nieodgadnione. Zdarza się, że nie wyobrażam sobie innego wykonawcy albo piosenki nie mają siły przebicia. Ale są też takie, które w kolejnej wersji brzmią równie fantastycznie. Tak było z piosenką „Czas nas uczy pogody”, którą Grażyna Łobaszewska zaśpiewała rewelacyjnie, a po dwóch latach równie charyzmatycznie wykonał ją Stanisław Sojka.

Pracował pan ze Zbigniewem Wodeckim nad piosenką, której nie zdążył zaśpiewać…

Jakieś dwa miesiące przed śmiercią Zbyszek dał mi muzykę i poprosił o tekst. Walczyłem z utworem całą noc i rano dowiedziałem się, że Zbyszek miał udar. Do dzisiaj mam w telefonie tę piosenkę zanuconą przez niego. Co mam z tym zrobić? Dobre pytanie. To dość trudna piosenka, więc może ktoś z jego przyjaciół mógłby zaśpiewać, ale decyzja należy do rodziny. Są piosenki, które szczególnie pasują i przylegają do artysty i ta właśnie pasowała do niego.

W 2014 r.dostał pan tytuł honorowego obywatela Sosnowca, nie myślał pan, aby napisać piosenkę o swoim rodzinnym mieście?

Czemu nie. Napisałem już piosenkę o Kiepurze, o Janie Ciszewskim i poniekąd o Sosnowcu, tak czułem. To nie było na zamówienie, ale z potrzeby serca. Gdybym dostał zamówienie, by napisać piosenkę o mieście X, nie nadawałbym się. Muszę coś czuć, przeżyć i to musi być prawdziwe.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Szpak/Puls Jaworzna

fot. Ewa Szpak