Za kilka dni Walentynki, jedno z „tradycyjnych” polskich świąt. Czas więc jest dobry, aby już teraz się nad nimi popastwić.

Walentynki, czyli święto zakochanych, pochodzą w linii prostej ze staropolskiego zwyczaju, zwanego „małpowaniem kiczu od Amerykanów”. Jak zapewne wszyscy się domyślają, wymyślili je rdzenni mieszkańcy Ameryki, czyli czerwonoskórzy Indianie, stąd symbolem Walentynek jest kolor czerwony. Wojownicy Siuksów czy innych Apaczów, oprócz odcinania skalpów, wycinali także serca, najpierw swoim wrogom, a później na drzewach, z czasem dołożono, jako element zdobniczy i symbolizujący właśnie Indian, strzały przebijające te serca, a już wiele lat później dopisano do nich LOVE. Pisownia spodobała się szczególnie w latach osiemdziesiątych na wsi polskiej, gdzie nagminnie na stodołach pisano kawałkiem czegokolwiek LOVE KROWE. Ale to już inna historia, którą opowiem przy okazji.

Z czasem znak serca i strzały, które w naszej europejskiej kulturze kojarzone są jednoznacznie z kupidynem, czyli takim małym skubańcem a’la aniołek, co jak ugodzi nas strzałą, to już tak człowiek zakochany, że nic nie pomoże, stały się nieodzownym elementem Dnia Zakochanych. (Dla młodych czytelników, ignorujących ortografię, przypominamy, że poprawna pisownia to STRZAŁA a nie SZCZAŁA, gdzie pierwsze słowo to rzeczownik, a drugie zaś czasownik, czyli oznacza czynność).

Im bardziej przyjrzymy się upływowi czasu, tym bardziej zdamy sobie sprawę, że symbolami miłości przestały być romantyczne gesty, emocjonalne uniesienia i tęskne, śpiewane pod oknami wersy miłosnych pieśni, a czekoladki, niepachnące róże z marketu oraz promocje w sklepach osiedlowych i nie tylko. Romeo i Julia, Tristan i Izolda czy choćby Janek oraz Marusia z „Czterech Pancernych” stali się tylko mglistym wspomnieniem czasów minionych. W telewizji spoty reklamowe przedstawiają szczęśliwą, zakochaną parę, opychającą się czekoladkami.
Nikt otwarcie nie powie, że później scenariusz już nie jest tak ckliwy: ona się roztyje od nadmiaru kalorii, on przestanie w niej widzieć atrakcyjną kobietę, już nie będzie do niej mówił „Żabciu”, a jedynie „Ropucho”, w końcu zostawi ją dla jakiejś małolaty, dostrzegającej w nim substytut ojca, którego nie miała. Rozpocznie się szaleństwo, przy których interpelacje radnego Małegonożyka na sesjach RM to bułka z masłem. Opuszczona kobieta będzie jadła jeszcze więcej i więcej, aż w końcu znajdzie w sobie dość siły, aby rzucić nałóg czekoladek, corocznie wręczanych zbyt obficie z okazji Walentynek, pójdzie na fitness do Galeny i już po kilku wizytach stanie się piękna, niczym Maja Sablewska po botoksie.

Od wieków autorzy dzieł literackich zauważali, że każda piękna miłość i tak wcześniej czy później musi zakończyć się zgonem, przynajmniej jednej ze stron. Albo i obojga, jak to w najsłynniejszym romansie wszech czasów się odbyło. Nawet w mitologii greckiej miłość Dejaniry do Heraklesa prowadziła do tragicznego końca. Z naszego podwórka, Juliusz Słowacki w samej tylko „Balladynie” zakpił z miłości dwukrotnie – niefortunne zakochanie się Goplany w Grabcu, niemożliwa do spełnienia miłość Filona do martwej Aliny. Z czasem dowiedzieliśmy się, że w ten sposób walczył z wizerunkiem stereotypowej miłości między kobietą a mężczyzną, gdyż sam ukrywał swój homoseksualizm. Jak to napisał sam Adam Mickiewicz: na górze wacki, na dole wacki. Kto lubi wacki? Juliusz Słowacki (internetowa „Wojna Wieszczów”). Na co Słowacki odpisał: Ej, Mickiewicz, idź no być wieszczem gdzie indziej!

Współczesna miłość w sztuce to przede wszystkim epicka opowieść o przygodach przy herbacie, czyli Earl Grayu. Oraz serial M jak Masakra. Jakie czasy, taki Szekspir.

Wśród całego skomercjalizowania wszelakich „świąt”, najbardziej rozbawiła mnie walentynkowa reklama… żelu na hemoroidy! Brzmiała mniej więcej w tym stylu: Nie wierć się podczas kolacji walentynkowej, zastosuj żel… Zresztą wizyta w aptece, jak wiadomo,to nieodzowna część przygotowania prezentu. Niedawno na Dzień Babci reklamowano preparat do wzmocnienia serca, ten sam preparat reklamuje się teraz jako idealny na walentynki. Wcześniej był on oczywiście idealnym prezentem na gwiazdkę. Ciekawe, czy producent przemyślał już marketing na Wszystkich Świętych???

A już nie plotąc andronów i dyrdymałów: wszystkiego najlepszego na dzień zakochanych. Kochajcie się, bądźcie dla siebie dobrzy i przytulajcie się często, bo bez tego życie jest smutne, niczym występy reprezentantów Polski na Eurowizji…