Pątnicy po powrocie do Betlejem
Pątnicy po powrocie do Betlejem

Ile dobroci, życzliwości i uśmiechu można spotkać, pokonując z żółwią prędkością odległość dwóch tysięcy kilometrów? Ile przygód, nieoczekiwanych sytuacji i właściwych ludzi we właściwych, choć zupełnie przypadkowych miejscach?
Grupa pielgrzymów, śmiałków, którzy podjęli wyjątkowo trudną ale ważną i niezmiernie ciekawą podróż, wróciła w poniedziałek wieczorem do Jaworzna. Ksiądz Mirek Tosza i jego przyjaciele, którzy przejechali z nim starymi japońskimi traktorkami do Lisieux i ci, którzy przeszli podobną trasę pieszo, zmęczeni, ale szczęśliwi, opowiedzieli o tym, jak wyglądała ich pielgrzymka.

gdzies-w-polsceRozkaz generała
Trzech mieszkańców Betlejem i ich przyjaciel z Siemoni oraz doświadczony na pielgrzymkowym szlaku ksiądz, wyruszyli pieszo w podróż życia. 1700-kilometrowa trasa z Jaworzna do Lisieux okazała się niezwykle wymagająca. Pierwsze tygodnie dały się piechurom wyjątkowo we znaki. Andrzej Utykański, jeden z mieszkańców wspólnoty nabawił się na początku drogi bardzo poważnych otarć. Ledwo mógł iść, próbował ulżyć poranionym stopom. – Jestem trochę nerwowy i na początku, kiedy opóźniał marsz, strasznie się wkurzałem – opowiada Marek Marzec, jeden z pielgrzymów. – Dopiero, kiedy dotarliśmy do któregoś z postojów i mogliśmy zobaczyć stopy Andrzeja, okazało się, że całe pokryte były ranami i pęcherzami. Nie mam pojęcia, w jaki sposób w ogóle szedł! Ja nie byłbym w stanie pewnie zrobić jednego kroku – przyznaje.
W pewnym momencie, przed granicą z Francją, kontuzji uniemożliwiającej kontynuowanie drogi nabawił się pochodzący z Jaworzna ks. Paweł Gielec. Dalszy marsz pozostałych śmiałków stanął pod znakiem zapytania, ponieważ duchowny zajmował się w trasie sprawami logistycznymi i, przede wszystkim, mówił po angielsku. To były dość ciężkie chwile, jednak pielgrzymi zdecydowali, że ruszą dalej. – Otrzymałem od Marka esemesa, że są gotowi iść, żeby pokazać, że są coś warci. Zdecydowaliśmy, że ruszą – mówi ks. Mirek. „Czekamy na rozkaz wymarszu księdza generała” – pisał pielgrzym. I armia księdza Mirka wymaszerowała. Po drodze nie zawsze było łatwo z noclegami. Czasem musieli spać w lesie, na łące, bo nie udało się znaleźć miejsca w kościele czy jakimś domu. „Byliśmy w 3 kościołach. Nie chcieli nas przyjąć ale my uśmiechnięci do lasu. Właśnie gotuję makaron. Armia się tak łatwo nie zniechęca” – brzmiał inny esemes od Marka.
Problemy się zdarzały, jednak nie to najbardziej zapadło w pamięć piechurów. – Przede wszystkim Niemcy zaskoczyli nas gościnnoscią – przyznaje Marek Marzec. – Niesamowita dobroć, zainteresowanie, bezinteresowna pomoc! Dawali nam jedzenie, wodę, pieniądze – wylicza. – Niektórzy mówili, że to szaleństwo, że jesteśmy „crazy”. Ale prosili o modlitwę, przekazywali intencje. Coś pięknego, takie pojednanie z ludźmi w trasie, uśmiechy, pozdrowienia. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Zrobili na mnie niesamowite wrażenie – opowiada pielgrzym.

Wzruszenia i nieplanowane spotkania
Japońskie wehikuły dowiozły pielgrzymów pod samą Bazylikę św. Teresy w Lisieux, 2 tysiące kilometrów od Jaworzna, z prędkością nieprzekraczającą 13 km/h. Nie obyło się bez awarii, jednak żadna z nich nie uziemiła ekipy na stałe, a każda stała się okazją do poznania niezwykłych ludzi, doświadczenia dobroci i pomocy. I do przekazywania świadectwa Drogi Pojednania. Najpierw, w Błotnicy Strzeleckiej, trzeba było rozwiązać problem ze skrzynią biegów. Później pojawiły się problemy w Czechach. Niestety w Niemczech, pod Norymbergą, w niewielkiej wiosce Steinbach strzeliła pompa wody… W miejscowości było zaledwie kilka gospodarstw. W jednym z nich mieszkał Wolf, który ugościł pielgrzymów. Na jego podwórku można było nie tylko wymienić pompę, ale przy okazji uszczelkę pod głowicą. Traktorki oczywiście nie uszły uwadze innych mieszkańców. Później w mailu gospodarz dziękował za to, że miał okazję bliżej poznać… swoich sąsiadów.
– Na początku byłem przerażony trasą przez Niemcy – wspomina Jacek Baczyński. – Okazało się, że zaznaliśmy tam tyle dobroci
– przyznaje.
Ciekawe i nieoczekiwane sytuacje zdarzały się co chwilę. Albo jakiś czeski „gang” motocyklowy wpadł, pooglądać traktorki, albo zwariowany hippis zaprosił ich do siebie na yerba mate, albo okazało się, że niemal na trasie pielgrzymki mieszkają starzy znajomi ks. Mirka, którzy pomogli zarówno piechurom, jak i później ekipie traktorkowej.Niezwykłe chwile przeżyli też w St. Etienne, w którym niedawno, podczas odprawiania mszy zamordowany został ks. Jacques Hamel. – Byli zaskoczeni, że nasza trasa poprowadziła przez ich miasteczko, bili nam brawo, nie mogli uwierzyć, że przybyliśmy tam specjalnie po to, żeby pomodlić się za zabitego kapłana i nieść przesłanie pojednania – opowiada ks. Tosza.

Paryż. Radość.
Paryż. Radość.

U celu
Do Lisieux pielgrzymka dotarła 27 września, po 37 dniach jazdy i 57 dniach marszu. W Bazylice św. Teresy byli podczas odpustu. To jeden z najbardziej popularnych celów pielgrzymek w Europie, do którego ściągają ogromne ilości wiernych. Kościół mieści 4 tysiące ludzi. – Podczas tej uroczystej mszy, którą prowadził biskup, przy pełnej bazylice, ludzie bili nam brawo, gratulowali, płakali – opowiada ks. Mirek. – Oni tam żyli tą naszą pielgrzymką, przychodzili, oglądali traktorki, robili sobie zdjęcia – dodaje.
Niezwykła wyprawa jaworznickich pątników już przyniosła pewne efekty, na które liczył ks. Tosza. Ich obecność w wielu miejscach powodowała, że ludzie zbliżali się do siebie. Gotowość na poświęcenie wzbudzała wśród przypadkowo spotkanych ludzi podziw i skłaniała do refleksji. Przede wszystkim jednak sami pielgrzymi przyznają, że ten trud spowodował zmianę w nich samych. A dzieło jeszcze nie jest skończone. Z 200 godzin materiału zebranego przez ekipę filmową powstanie dokument o Drodze Pojednania. A jaworznicki duszpasterz z pewnością nie zwalnia. Jego działalność i dzieło Wspólnoty Betlejem trwa.
Dawid Litka
relacja zdjęciowa na: facebook.com/pulsjaworzna