glowka-darek-duszaDariusz Dusza specjalnie dla czytelników PJ
Art Tranzyt rozpoczął się mocnym akcentem. Niedzielne spotkanie z wokalistą, gitarzystą i autorem tekstów, Darkiem Duszą, który od ponad trzech dekad jest bardzo ważną składową polskiego punk rocka i rock ‘n’ rolla, autorem tekstów do największych przebojów Shakin Dudi i przede wszystkim założycielem zespołu Śmierć Kliniczna, dało uczestnikom pewien wgląd w to, jak kształtowała się muzyka punk rockowa w Polsce od lat 80. Autor promował swoją książkę „Jestem ziarnkiem piasku”. Udało nam się z artystą porozmawiać.

Pochodzisz z Gliwic ale od paru lat mieszkasz na wsi?

Do Jaworzna przyjechałem ze Śląska Cieszyńskiego. Żyję tam od ośmiu lat i już chyba jestem pełnoprawnym mieszkańcem wsi. Mam kosiarkę, gumofilce, grabie, sprzęt potrzebny do dbania o gospodarstwo.

A inwentarz?

Tak, mój, a właściwie żony inwentarz, to trzy mainecoony plus jeden „zwykły” kot. No i na bieżąco wiejskie koty, dochodzące. Przeprowadziłem się na wieś po iluś tam latach spędzonych w Gliwicach. Zawsze byłem muzykiem kojarzonym z tym miastem, gdzie zresztą prowadziłem większość swojej działalności twórczej. Poczynając od Śmierci klinicznej, przez Absurd. Później, w Katowicach z Irkiem Dudkiem Shakin Dudi. No i w pewnym momencie zapragnąłem zmiany. Teraz spokojnie mieszkam sobie na wsi. Dzięki temu miałem czas na napisanie książki „Jestem ziarnkiem piasku”, z powodu której tu dziś się pojawiałem.

Autobiografii?

Nie nazwałbym jej pełną autobiografią. Opowiada o kilku zespołach, z którymi grałem i dla których pisałem teksty, o kilku epizodach z tamtych lat, i przede wszystkim o muzyce i o pasji do muzyki.

Czy tej pasji brakuje współczesnym muzykom?

Może nie aż tak. Może po prostu w latach 80., kiedy ludzie nie mieli innej rozrywki i gdy system naciskał na nich dość mocno, szukali ucieczki w muzyce, w buntowniczych tekstach z przekazem. Po zmianie systemu nastąpiła pewna komercjalizacja, a muzyka wróciła na właściwe chyba sobie miejsce, czyli takie typowo rozrywkowe. Teraz młody człowiek ma do wyboru tyle różnych pasji, możliwości realizowania się, że nie musi, jak wtedy stać z „kasprzakiem” pod sceną w Jarocinie i nagrywać swoje ukochane zespoły. Teraz ma dostęp do wszystkiego, co z jednej strony jest zaletą, z drugiej czasem wadą, bo skala oferty może powodować, że ludzie nie interesują się już niczym konkretnym. Ale wiesz, podchodzę do tego tak, że czasy się zmieniają i ranga zawodu muzyka z czasem się zmniejszyła do poziomu dostarczyciela mądrzejszej lub głupszej rozrywki. I tyle. Ale jeśli chodzi o mój stosunek do muzyki, to nic się nie zmieniło. Po prostu kocham dźwięki.

Życie rock ‘n’ rollowca różnie się toczyło. Jak sam mówiłeś, przebiegało, powiedzmy, falami. Czy można takie życie polecić młodym ludziom, którzy zastanawiają się nad podobną drogą?

Wydaje mi się, że jest coraz większa konkurencja, przewaga podaży nad popytem jeśli chodzi o muzykę, o rock ‘n’ rolla. Ale przecież nadal rodzą się bardzo zdolni ludzie, którzy mają coś do powiedzenia i którym może się udać. Ale nie ma recepty. Wiele rzeczy dzieje się przypadkiem, właściwy czas, miejsce ludzie mogą być decydujące. Nie można niczego zagwarantować. Nie jest tak, że dzięki ciężkiej pracy coś się udaje, muszą być ku temu jeszcze inne warunki. Być może taka muzyka znów będzie bardziej pożądana, teraz jest wyraźny dołek, nie ma co się oszukiwać. Ale ona nie zniknie, już tyle lat przetrwała. Ciężko prorokować. Są ludzie, którzy będą to robić niezależnie od tego, czy przełoży się na jakąś karierę, pieniądze.

Czyli warto to robić?

Uważam, że zawsze warto robić to, na co masz ochotę.

A jeśli się nie udaje? Brnąć dalej?

Nie wiem, to już każdy musi znaleźć odpowiedź. Też miewałem chwile, kiedy już nie miałem ochoty grać. Poszedłem do normalnej pracy i nic złego z tego powodu mi się nie stało. Takie różnorodne życie też jest fajne.

A czy jest jakaś recepta na pisanie dobrych tekstów?

Zacząłem od pisania na granicy grafomanii. Ale bardzo zależało nam na tekstach o własnym życiu. Nie chciałem śpiewać słów, które nie mówiły nic o mnie. Chcieliśmy śpiewać o sobie i chociaż czasem zdawaliśmy sobie sprawę, że te teksty są jakieś takie koślawe, to było to dla nas zupełnie nieważne. Liczył się przekaz i szczerość, czasem prowokacja tym prostym językiem. Z kolei przy Shakin Dudi, gdzie teksty były pastiszowe i ironiczne, całkiem świadomie korzystałem z rymów częstochowskich, wiedząc, że część krytyków to rozdrażni. Z drugiej strony dla części ludzi będzie to wspaniałe. Bo wielu ludzi lubi rymy częstochowskie. Myślę, że im więcej tych tekstów, tym bardziej człowiek stara się świadomie używać pewnych środków stylistycznych. Może i są podręczniki, ale nie ma recepty na napisanie dobrego tekstu, przeboju. Nigdy nie wiesz, co się nagle ludziom spodoba, co podchwycą, co dla nich okaże się ważne. Dobrym przykładem był przebój „Och! Ziuta” Shakin Dudi, który był chyba najbardziej prześmiewczym utworem traktującym o tym, że nie ma brzydkich dziewczyn, tylko wina czasem brak, a część odbiorców całkiem poważnie traktowało go jako balladę miłosną. No i co zrobisz? Być może dzięki temu ta piosenka przetrwała przez tyle lat.

A co z pisaniem dla innych artystów? Jest trudniej?

Trzeba tak pisać dla innych artystów, żeby się zmieścić w pewnym aparacie pojęciowym ich odbiorców. Jak ktoś gra na przykład hipisowską muzykę, to są pewne tematy zarezerwowane dla tego gatunku, których pisząc piosenkę punkrockową nawet nie poruszysz. Tu trzeba uważać jednocześnie na temat, jak i na formę. Jeśli już jesteśmy przy tej muzyce hipisowskiej, to tu nie ma raczej miejsca na autoironię, na jakiś dystans. Raczej wszystko jest na poważnie. Z kolei w piosenkach pisanych dla swoich zespołów zawsze gdzieś z boku zachowywałem dystans, lekkie przymrużenie oka. Nawet, jeśli tekst traktuje o poważnych sprawach. Trzeba rozgraniczać. Przy tych utworach mainstreamowych zawsze zasób słów jest mniejszy, teksty są prostsze. Muszą być bardziej dostosowane do ogółu. Zawsze sobie żartuję, że zazdroszczę hip-hopowcom tego miejsca. Tego, że mogą użyć tylu wyrazów, takiej długiej frazy. Bo w rock ‘n’ rollu na przykład nie ma tego. Cały czas brakuje jednosylabowców. Ja staram się pisać krótko, bo wiem, jak wokaliści to odbierają. Dla nich tekst zawsze jest za długi, bo się go muszą nauczyć. A ostatecznie taki tekst pisany dla kogoś weryfikuje właśnie klient. Albo się z nim zidentyfikuje, albo powie „Nie, nie, nie, Darek. Ten tekst mi się nie podoba”. I tyle.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Dawid Litka