116503235
Nie lubię Boney M. I
 tyle w temacie wstępu mam do powiedzenia.

W szkole ruszył radiowęzeł. I to było coś! Jako zapalony fan muzyki zagranicznej, zasłuchany w audycjach Kaczkowskiego i Beksińskiego, zostałem szkolnym radiowcem. Kolega z ławki, który nie interesował się muzyką i radiem, ale był fajnym kumplem, został moim technicznym. Czyli naciskał klawisz włącznika. Jeszcze trzeba było wymyślić sensowną nazwę. Z pomocą przyszła Rozgłośnia Harcerska, czyli Polskie Radio Program IV. Raczkujący na antenie Jurek Owsiak wymyślił coś o nazwie Towarzystwo Przyjaźni Chińskich Ręczników. Nie miałem pojęcia, co to jest i o co w tym chodzi, ale napisałem do Jurka list i po kilku tygodniach działaliśmy jako oddział TPCHR. Z zezwoleniem na piśmie. Zawsze co piątek rozlegał się dźwięk pierwszych taktów “Shadow of the Wall” Mikea Oldfielda i zaczynała się audycja, na którą wszyscy czekali. Przede wszystkim z powodu tego, że “wycinaliśmy” kwadrans lekcji. W późniejszych godzinach piątkowych umilałem moim kolegom i koleżankom przerwy w lekcjach piosenkami Dire Straits, Pink Floyd czy Marillion. Miałem wręcz poczucie, że ich edukuję, bo w dalszym ciągu z okien bloków niosły się dźwięki Modern Talking i temu podobnych koszmarków muzycznych. No oprócz mojego sąsiada, który w naszej dzielnicy coniedzielny poranek, gdy rodzice szli do kościoła, wystawiał do okna głośnik z żenującego  adapteru (tak nazywano gramofony w latach PRL-u) i katował sąsiadów Boney M. Ten niemiecki wynalazek piosenkarski grał w naszej dzielnicy co niedzielę aż do 92 roku, kiedy to zakupiłem głośniki mocy potężnej 120W i zmiażdżyłem raz na zawsze sąsiada Metallicą. Ale o tym później.

W każdym razie szkołę skończyłem planowo i z nagrodami za wybitne osiągnięcia na niwie artystyczno-społecznej. Celowo pominąłem czas, gdy zafascynowany piłkarzem Janem Urbanem chciałem zostać futbolistą (pan Janek mieszkał kilka domów ode mnie i byłem strasznie dumny z tego faktu). To był naturalny wybór z racji wieku, wcześniej chciałem być kosmonautą, bo fascynowały mnie gwiazdy, które namiętnie oglądałem w letnie noce, leżąc na leżaczku ogrodowym. No i mieliśmy przecież Hermaszewskiego! Strażakiem nie chciałem być, bo za ciepłem nie przepadam. Lata 80. w swojej PRL-owskiej szarości wspominam jako barwny czas, pełen zabaw podwórkowych, pasji, motorowera Ogar 205 (co za maszyna, co za maszyna!!!!!) oraz Indiany Jones. Mało za to ogladąło się telewizji, bo była do kitu. Dwa kanały, z czego pierwszy beznadziejny a drugi nudny. Na szczęście raz na jakiś czas i tam zdarzały się przebłyski barwniejszego świata. Filmy z wytwórni Disneya, puszczane na święta, kontrowały koszmarnego Kolargola (taki jakiś zbyt miękki w ruchach i tylko dziewczynki go lubiły). Lista Przebojów w programie drugim TV, prowadzona przez Krzysztofa Szewczyka szybko wyparła pseudo teledyski, serwowane wcześniej przez “Koncert Życzeń” w jedynce. W poniedziałkowe wieczory program “Jarmark”, który serwował ciekawe gry, zabawy, pokazywał w pigułce wydarzenia sportowe inne niż piłka nożna i także teledyski. Wtorkowe rozmowy w szkole były całkowicie spacyfikowane przez historie z “Jarmarku”, opowiadane po wielokroć i komentowane barwnie. Oczywiście sportowe wyczyny z programu znalazły chętnych naśladowców, co niejednokrotnie kończyło się poważnymi odrapaniami, zwichnięciami i czasem złamaniami. Osobnym tematem były filmy, trafiające do kin. Po koszmarnym początku każdego seansu, rozpoczynanym przez Polską Kronikę Filmową, która była tubą propagandową ówczesnej władzy, następowała chwila, która zmieniała późniejszy tydzień w wielką przygodę. Po seansie z kina wychodziła pokaźna grupa Indian Jonesów, Luków Skywalkerów i oczywiście „Brusów Li”. Ta ostatnia postać, dzięki „Wejściu Smoka” stała się ikoną sportów walki, przez co okolica kina miała zdewastowane kosze i skopane mniejsze drzewka. Podobno rekordziści oglądali „Wejście Smoka” po kilkadziesiąt razy! W całym kraju wybuchła mania na punkcie Bruce’a Lee, sklepy z pamiątkami na odpustach zalała fala koszmarnych gadżetów z podobizną aktora. Od paskudnych breloczków, przez talerzyki z nadrukiem na czarno-białych fotosach kończąc. Każdy zdobyty drobiazg dawał natychmiastowo nobilitację społeczną i szacunek na ulicy…

Raingod

Ciąg dalszy w następnym numerze.