talonyGdy stuknęła mi czterdziestka, pomyślałem, że jakoś szybko poszło, chociaż w czasach szkolnych wydawało się, że czas płynie tak wolno, jak rzeka Przykopa na Starej Hucie.

Po skończeniu szkoły jakoś wszystko przyspieszyło. Po trzydziestce jeszcze bardziej. Dni tygodnia spajane imprezowym weekendem, siedem dni w tempie: pppppppppoooooooooooniedzzaaaaaaaaałek, wtoooooooooooreeeeeeek, śroooooooooooooooooda, czwaaaaaaaaaaaaaaarrrrtekkkkkkk, pią…. teksobotaniedziela, poooooooooooooooniedziaaaaaałekkkkkkkk i tak dalej, i tak w kółko.

Ale nie zawsze tak było. Taki stan oznacza jedno: stabilizacja, schemat, czyli to, przed czym dusza młodego wojownika zawsze się broni. To w końcu TY, człowieku nastoletni, wyrwiesz się z błędnego koła praca/dom/praca/dom. To TY zrewolucjonizujesz świat, odniesiesz sukces finansowy, staniesz się gwiazdą muzyki, filmu, ba, prezydentem!

Tyle, że tak się nie dzieje. Prawie nigdy. Pewnie dlatego, że nauczyciele nam powtarzają, jacy to jesteśmy zdolni, ale leniwi. A może jest zupełnie inaczej: zdolni, ale nauczani schematycznie, wiedzy, której w życiu nie wykorzystamy. Już widzę stado rozbawionych dwudziestolatków na grillu w piątkowy wieczór, którzy wymieniają jednym tchem skład gleby na pomorzu, wyuczony w okolicach piątej klasy. Albo rozkładają zdania na czynniki pierwsze. Tudzież debatują o całkach, czego nauczyli się w klasach maturalnych. I przy tym nie pada ani jedno słowo na k… ch… lub inne ciepłe podsumowanie szkoły. Schemat naszego systemu nauczania jest nieprzyswajalny od zarania szkolnictwa. W latach osiemdziesiątych wpychano nam do głów wiersze poetów PRL-owskich, a myśmy czytali pokątnie Bursę, Stachurę. Stawianie na piedestałach zapijaczonych twórców, bawidamków, meneli, wynoszenie ich postaci do niemal boskich, niewinnych, wspaniałych, bohaterskich, zakłamywało rzeczywistość. Dziękuję temu gościowi, co tam jest podobno nad nami, że zesłał mi w życiu nauczyciela, który odpierał schematy i potrafił przeprowadzić lekcję w sposób wręcz anegdotyczny. Kontrast z poprzednim nauczycielem był  galaktyczny. Pani, nazwijmy ją umownie Kowalska, była tak potwornie bez wyrazu, że nie jestem w stanie wymienić ilości zabazgranych z nudów kartek w zeszycie na jej lekcjach. Już wolałem lekcje rosyjskiego, bo pomimo że znienawidzony przez moje i nie tylko moje pokolenie język wchodził w głowę bardzo opornie, to pani Basia miała charyzmę. Przy okazji, niczym w Sposobie na Alcybiadesa, znalazłem jej słaby punkt – a było to palenie papierosów. W połowie lat 80. palenie było standardem, niczym nagannym, wręcz osoba niepaląca uznawana była za dziwaka. Pani Basia paliła “Klubowe” i ja chętnie na lekcji po nie biegałem do kiosku. Teoretycznie kioskarka nie powinna mi sprzedawać tytoniu, ale w związku z tym, że była to Pani Gienia, znajoma z ulicy obok, nie było problemów z nabyciem. A czasy były kryzysowe, więc i rzeczone “Klubowe” stanowiły nie lada rarytas. Tak więc przynajmniej raz w tygodniu udawało się zerwać z lekcji rosyjskiego, co potwornie mnie cieszyło.

Z innymi nauczycielami też dało się dogadać. Pani od wuefu przynosiłem papier toaletowy, rzecz najbardziej porządaną wśród ludu pracującego PRL. Papier przywoził w ilościach wręcz hurtowych mój ojciec, pracujący jako konwojent w dużym zakładzie pracy i jeżdżący po zaopatrzenie po całym kraju. Podkradałem więc z domowego magazynku kilka rolek i mogłem podlizać się kolejnemu nauczycielowi. Gorsza sprawa była z nową fizyczką, która na początku pierwszego roku pracy w szkole (a mojej siódmej klasy) jakoś mnie nie polubiła. Fizyczka jednakże piastowała równolegle posadę dyrektorki szkoły. I miała “fioła” na punkcie harcerstwa. A to w naszej szkole kulało straszliwie. Starsza kadra wydoroślała i nabyła niechęci do biegania w krótkich spodenkach, młoda się nie garnęła. Tak więc zabrałem się ochoczo za tworzenie nowej jednostki harcerskiej, co mnie kompletnie nie pociągało. Oczywiście dyrektorka błyskawicznie doceniła moje starania i już po kilku tygodniach stałem się jej ulubieńcem…
Dokończenie za tydzień!

Raingod