Doner_kebab,_Istanbul,_TurkeySchemat jest prosty: impreza, znajomi, pogaduszki, tony papierosów (ja nie, bo rzuciłem kilkanaście miesięcy temu) i alkoholu. I koniec –  czyli faza GASTRO. I to bywa czasem trudne.

Klasycznym rozwiązaniem na „wielkiego głoda” poalkoholowego jest kebab. Zawsze jest tendencja, aby brać z sosem pikantnym, co źle wróży w trakcie spożywania i o poranku. I czasem powoduje czkawkę pijacką, trwającą od 2 do 8 godzin, także w trakcie snu. Ale kebab lub hamburger rozwiązują problem GASTRO. Nie jest to dobre, bo smakuje jak pies zmielony razem z budą, chociaż nosi dumną nazwę jagnięcina. Pewnie z powodu, że stado baranów w środku nocy wsuwa mielonkę na ciepło, pociętą na płatki. Koszmar. Do okienka stoi zazwyczaj około północy kilkanaście osób, często mających problem z wyartykułowaniem zdania, zerkając łapczywie na kręcącą się belę mięsopodobnego produktu niczym komornik na szafę. Ale faza gastro nie wybiera, trzeba brać to co jest dostępne o trzeciej nad ranem u Turka. Bo hamburger z mikrofali w barze nie był w porządku i sosem człowiek się ukapał. Jak wieprz.

Faza łapie także po przyjściu do domu. I wtedy zaczyna się buszowanie w kuchni, przy którym zwiady szpiegowskie MOSADu to mały pikuś. Jeżeli ktoś jest żonaty, to może zostać w kuchni napadnięty przez połówkę słodką, zwaną małżonką, która zazwyczaj ciepłymi słowami zapyta: A czego ty właściwie szukasz???? Wtedy trzeba przyjąć postawę obronną z wybranym azymutem ucieczki i odpowiedzieć: Odrobiny zrozumienia, kochana, odrobiny
Jeżeli kobieta spokojna, to pokiwa głową i pójdzie spać, bo lepiej słowami popieści o poranku. Jak nerwowa, to ściągnie klapek basenowy z nogi i wtedy to już Blady Wacław. Czyli miłość poparta silną ręką.

Ale wracając do nocnego buszowania po kuchni: klasyką są parówki. Kiedyś znajomy postawił na kuchence i dopiero rano zobaczył jak ładnie potrafią się wypiec, wraz z garnkiem. Na szczęście kuchenka była z tych inteligentnych, i po przegrzaniu automatycznie się wyłączyła. W innym razie kolega by przypominał rzeczone parówki.

Drugim uroczym daniem były kiedyś flaczki wołowe, takie z marketu, w jelicie. Jak wiadomo, mają konsystencję galarety, tak więc podgrzewane nieudolnie na płytce kuchennej, potrafią żyć swoim życiem. I tak właśnie było, flaczki postanowiły iść na przechadzkę po mieszkaniu. Czyszczenie podłóg o poranku to była wielka kara. Ciekawe, ze nikt nie opatentował flaczków, jako znakomitego kleju do obuwia 😉

Innym  wydarzeniem było zabranie przez znajomego do łóżka serka twarogowego w kubełku, o smaku ananasowym. Obudziwszy się o poranku, miał ser wszędzie, na całej twarzy, poduszce, pościeli, w uszach, nosie i kilku innych miejscach, o których wolę nie wspominać. Akcja rodem z filmu „9 i pół tygodnia”, tylko trochę inna i bez partnerki.Nie był to dobry pomysł. Znajomy przeżył, poduszka nie, bo się upaplała. Reszta po praniu doszła do siebie. Schiza twarogowa pozostała.

Jeszcze innym razem, po powrocie do domu, w trakcie radosnego gmerania w kuchennych zakamarkach, odkrył kotlety mielone, pozostałe z obiadu. Sam fakt jedzenia nie został zapamiętany, ale mina po przyjściu rano do łazienki, na kacu wielkim jak dług publiczny w Polsce, była bezcenna. Otóż połowa mielonego leżała na pralce. Wszystko było ok, ubrania poskładane, w domu porządek. Tylko ten mielony… Nie dojedzony, pewnie zostawiony „na później”.

I na koniec moja ulubiona historia, opowiedziana przez kolegę, który zawsze się rozbierał po przyjściu do domu i robił sobie kanapki. Posiadając ilość promili, których nie powstydziłaby się pijana celebrytka Liszowska,  siedział przy stole w samych slipach i pałaszował kromę z wędlinką, serkiem, boczkiem, czy innym dodatkiem. Koniecznie posmarowaną ketchupem lub musztardą. Tez do czasu. Kolega bowiem słynący z bujnego owłosienia na klacie, przysnął podczas konsumpcji i rano obudził się z kromką przyklejoną do włosów… Nie zazdroszczę odklejania, bo musztarda jak wiadomo twardnieje po pewnym czasie… Depilacja woskiem –  to słyszałem, ale musztardą??????????

Raingod