Grochowski Mount BlancZnamy go jako trenera najlepszej sekcji armwrestlingowej w Polsce, MCKiS Tytan Jaworzno. Sosnowiczanin, ściśle związany z naszym miastem ma jednak wiele pasji, z których spora część jest dość ekstremalna. O zaplanowanej wyprawie w Himalaje, potrzebie wyciszenia i pierwszym skoku ze spadochronem rozmawiam z Mariuszem Grochowskim.

Wybiera się pan na wycieczkę w góry…

Tak. Najpierw, 15 kwietnia wylatujemy z moim kolegą, Mariuszem Myślakiem i znanym himalaistą, Ryszardem Pawłowskim, naszym przewodnikiem, do Dubaju. Tam przed wschodem słońca wjedziemy na 124 piętro Burj Khalifa, najwyższego drapacza chmur na świecie. Trochę pozwiedzamy miasto i następnego dnia wsiadamy w samolot do Katmandu. Stamtąd, po załatwieniu formalności lecimy do Lukla, które jest uważane za najniebezpieczniejsze lotnisko na świecie ze względu na położenie między skalistymi szczytami na wysokości 2800 m n.p.m. i bardzo krótki pas startowy. Tam też rozpoczyna się prawdziwa wycieczka. Nasz cel, to południowy obóz bazowy na Mount Everest, który znajduje się na wysokości 5364 m n.p.m., w Nepalu. Po drodze planujemy zdobyć trzy szczyty, w tym Kala Patthar na wysokości 5550 m n.p.m.

Skąd pomysł na taki „trekking”?

Trzy lata temu zadzwonił do mnie kolega i powiedział, że wybiera się ze znajomymi na Mont Blanc i mają miejsce wolne. Spytał, czy nie chciałbym dołączyć. Zgodziłem się. To była dość poważna wyprawa.

MARIUSZ GROCHOWSKI

I kosztowna?

Sama wyprawa może nie tak bardzo. Jednak zaopatrzenie się w odpowiedni strój i sprzęt, na którym nie można przecież oszczędzać, to wydatek ponad 7 tys. zł.

Ale szczyt udało się zdobyć?

Tak, skończyło się w ten sposób, że pojechaliśmy we dwóch – z Mariuszem Myślakiem. Kiedy więc udało nam się zdobyć najwyższy szczyt Europy, chyba jakoś naturalnie poczuliśmy potrzebę, żeby pójść wyżej.

Ale żeby od razu pod Czomolungmę?

Na początku wybraliśmy Kilimandżaro, ale okazało się, że w zaplanowanym na wyjazd terminie miałem Mistrzostwa Świata Armwrestlingu w Malezji i nie mogłem pojechać. Później pozmieniały się warunki związane z formalnościami i koszt wejścia na najwyższy szczyt Afryki wzrósł ponad dwukrotnie. Wtedy trochę zmieniliśmy koncepcję i ostatecznie zdecydowaliśmy się na obóz bazowy pod Everestem, który jest na podobnej wysokości.

Jeśli dobrze zrozumiałem, wybrał się pan bez większego przygotowania na najwyższy szczyt w Alpach, ale było panu za mało i teraz jedzie pan w Himalaje?

To nie tak. Uprawiam profesjonalnie kilka sportów. Oprócz siłowania na rękę, jestem instruktorem crossfitu, do zeszłego roku trenowałem czynnie judo. Kiedyś prowadziłem ściankę wspinaczkową. Jestem więc ciągle w solidnej kondycji i fizyczne przygotowanie do tego typu wyprawy nie jest dla mnie rzeczą niewyobrażalną. Dodatkowo, ze względu na zamiłowanie do sportu, znam całą masę ludzi uprawiających różne dyscypliny. Między innymi grotołazów, którzy kiedyś zaproponowali mi zejście do jaskini i tak się zaczęło. Niedawno byłem w Studnisku, najgłębszej jaskini Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Wcześniej na dwutygodniowej wyprawie wspinaczkowej w Kobylanach. Staram się więc trzymać odpowiednią formę.

Ale do wyprawy w Himalaje będzie się pan jakoś specjalnie przygotowywał?

Przede wszystkim interesuje mnie rozsądna redukcja masy. Na Mont Blanc weszliśmy chyba zbyt gwałtownie i mój organizm odczuł spore niedotlenienie. Teraz, oprócz tego, że podejście będzie wykonywane stopniowo, chcę być odrobinę lżejszy. Im większy człowiek, tym więcej tlenu potrzebuje. Dodatkowo wybieram się dwa razy w Bieszczady, żeby przyzwyczaić nogi do twardych butów.

Czego pan oczekuje od Mount Everestu?

Przede wszystkim wyciszenia. Przez miesiąc będę mógł odpocząć psychicznie od tego, co jest tu – ogromu zajęć, wiecznego bałaganu. Wyłączę telefon i będę sam ze sobą i swoimi myślami. Może złapię trochę świeżego powietrza. Będę miał możliwość przemyślenia wielu kwestii. Jest to pójście w nieznane, nie tylko jeśli chodzi o miejsce, ale też o własne myśli. Nie wiem, czego się spodziewać na miejscu, tak samo, jak nie wiem, w którym kierunku pójdą moje myśli. Liczę na zaskoczenie.

Nie chce pan znać szczegółów?

Nie da się poznać wszystkich szczegółów. Chcę, żeby ta wyprawa była dla mnie wyprawą w nieznane, czymś całkowicie zaskakującym. Przed oddaniem pierwszego skoku ze spadochronem w 2009 roku usiłowałem wydobyć jak najwięcej informacji od swojego kolegi, który miał już w tej kwestii doświadczenie. Chciałem, żeby wyjaśnił mi, jakie odczucia będą mi towarzyszyć. Okazało się to całkowicie niemożliwe. Nic nie jest w stanie opisać wrażenia po oddaniu pierwszego skoku. Zwyczajnie trzeba to przeżyć. Tym razem nie chcę wiedzieć nic ponad to, co jest niezbędne. O przeżyciach i szczegółach będę mógł panu opowiedzieć po powrocie.

Liczę na to. A jakie są pana dalsze plany?

Nie wiem jeszcze. Zastanawiamy się z kolegą nad Matterhornem i Eigerem. To bardzo wymagające szczyty, więc potrzeba solidniejszego przygotowania. Ale chciałbym kiedyś się z nimi spróbować.

A co z wejściem na szczyt Mount Everestu?

To jest sprawa do rozważenia. Atak na szczyt jest niezwykle kosztowny, więc wymagałby najpierw zgromadzenia środków. Z drugiej strony obserwuję himalaistów i to nie są młodzieniaszki, więc wiem, że mam jeszcze kilka lat na zrealizowanie tego pomysłu. Jak sobie coś zaplanuję, to zrobię wszystko, żeby to osiągnąć. Póki co, takie podejście do życia przynosi pozytywne efekty i mimo tego, że mam ogromny natłok obowiązków, udaje mi się realizować założone cele. Więc kto wie, może kiedyś zaplanuję wejście na Everest.

Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Dawid Litka