O twórczości Artur Przebindowski trudno pisać jednoznacznie. Jaworznianin tworzy obrazy, a nie odzwierciedla rzeczywistości, posługując się pewnym kodem ze swoistym wykorzystaniem linii horyzontalno-wertykalnych, paletą barw, grą światła. Oto, co powiedział o sobie specjalnie dla Czytelników PJ.

ARTUR PRZEBINDOWSKI


Urodziłem się w Chrzanowie, ale od czwartego dnia życia mieszkałem w Jaworznie, przy Grunwaldzkiej. Mój dom rodzinny graniczył z kamienicą, w której jest lokal Cech. Pierwsze 3 lata uczęszczałem do SP nr 2 im. Kopernika.

Przez dziurę w płocie

Do szkoły miałem blisko, kamienica, gdzie mieszkałem, graniczyła z boiskiem szkolnym i zawsze przebiegałem przez dziurę w płocie, ale i tak się spóżniałem. Kiedy zaczęto budowę Hali Widowiskowo-Sportowej, zabrano nam boisko i w ogóle musieliśmy się wszyscy ewakuować do SP nr 1 przy Matejki. Gdy miałem 6 lat, mama zaprowadziła mnie na zajęcia plastyczne do Domu Kultury przy Gwarków. Prowadził je wówczas pan Czesław Kempiński. Ciekawy człowiek, charyzmatyczny, potrafił zarazić pasją do rysunku, interesował się historią, etnografią, utrzymywałem z nim znajomość przez długie lata. Chodziłem na te zajęcia przez całą podstawówkę, wyjeżdzałem z nim na plenery – w Sarbinowie, w Wiśle. W szkole zawsze miałem z plastyki piątki, brałem udział w konkursach.

Bez komputerów

Liceum plastyczne robiłem w Bielsku-Białej. To był dobry okres w moim życiu. Mieszkałem w bursie, musiałem się usamodzielnić.. Po pięciu latach zdobyłem tytuł – technik plastyk. Potem ASP, oczywiście Kraków. Wybrałem grafikę, bo chciałem się czegoś nauczyć, rozwijać się plastycznie w uniwersalny sposób. Cały czas malowałem. Zaczynałem studia w latach 80. Pracownie nie były wyposażone w komputery. Trudno to sobie wyobrazić, ale wszystko było analogowe, manualnie się wykonywało projekty z wykorzystaniem linijki, ołówka, powiększalnika, to była zupełnie inna rzeczywistość. Najbardziej interesowała mnie grafika projektowa, ale była też pracownia plakatu, książki, fotografii, projektowania graficznego. Zresztą projektowałem okładki książek, wykonywałem opracowania graficzne serii wydawniczych.

Zdarza mi się siedzieć cały dzień w pracowni. Przyjeżdżam rano, oglądam rozpoczętą już pracę. Medytuję i idę na śniadanie do Tratorri, łapię kontakt z ludźmi, piję kawę i wracam do pracowni na 8-12 godzin. Malując, słucham muzyki. Ucząc się w liceum, miałem wystawę w Jaworznie – w Galerii Obecna. Dużym wyróżnieniem były dwie indywidualne wystawy w Bielsku-Białej. W latach 1990-2010 miałem kilkanaście indywidualnych wystaw organizowanych w galeriach krakowskich, była też wystawa w DK KWK „Komuna Paryska” w Jaworznie, kolejna wystawa w Galerii Obecna – namalowałem wtedy Jaworzno na podstawie starych fotografii. Sporo wystaw w Polsce (Warszawa, Bielsko-Biała, Toruń, Szczecin), ponadto Londyn, Tokio, Ateny.

Megalopolis

To cykl obrazów przedstawiających miasto. Pierwsza wystawa z tej serii to był konkurs organizowany w Szczecinie w 2010 r. Zdobyłem Grand Prix Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na XXIII Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego. Wygrałem ten konkurs i kariera potoczyła się błyskawicznie. Moje obrazy wiszą w wielu galeriach. Wystawiałem we Włoszech, w USA, w Japonii, Holandii, Francji, Niemczech, Belgii.

Jak powstają takie obrazy? W gruncie rzeczy to są miasta, tak je maluję – w tej pierwszej warstwie oglądu. Jednak jakby im się przyjrzeć, są w specyficzny sposób komponowane, mają dynamikę, kolorystykę, dobór środków formalnych, jest specyficzny rodzaj perspektywy, albo jej braku, albo przekłamań perspektywicznych… i tematycznie te miasta to jest protekst, który mi posłużył do tego, aby opowiadać, eksponować rzeczy, które mnie interesują i nurtują. To jest mój sposób artykulacji. Dochodziłem etapami do takiego motywu, języka, koncepcji. To jest jak zapis, kod linii papilarnych – każdy artysta ma taki swój wewnętrzny. Stworzenie swojego idiomu malarskiego, rozpoznawalnego języka, jest niezwykle trudne. Niewielu artystom się to udało. Naturalnie malowałem też portrety, martwą naturę, ludzi, postacie figuratywne. Przez to przechodzi każdy artysta do momentu, kiedy nie odnajdzie tego idiomu, tego swojego własnego kodu.

MEGALOPOLIS

Mój pierwszy obraz z tego cyklu, tak pamiętam… na początku to były jakieś konkretne miasta, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że to mi zaczyna przeszkadzać, dlatego przyjąłem formułę Megalopolis, skojarzenie z pewną przestrzenią industrialną. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie chcę budować jakiegoś konkretnego kolorytu, bo nie interesuje mnie to w moim przekazie, wykorzystuję tylko pewną strukturę. Myślałem też, żeby zainspirować się blokowiskami w Jaworznie, żeby namalować taki obraz i podarować go miastu.

Ewa Szpak