Dziś chciałbym o kinie. Bo na Pitbullu byliśmy, w reżyserii Patryka Vegi, znanego z „epokowego” filmu Ciacho.

Nie do końca lubię chodzić do kinowych multipleksów. Wolę małe kina studyjne lub zacisze własnego mieszkania, gdzie wygodnie wbity w „mientkie” jak pieszczotliwie nazywamy z moją połówką nasze dresiki, można obejrzeć filmiszcze, a jak się nie podoba, to wyłączyć, zrobić sobie drinka i oddać się dyskusji p.t. „Azaliż rozważyć należy, po co film ów nakręcon”.

Movies-for-Dog-Lovers

Wczoraj wybraliśmy się do kina na Pitbull – Nowe Porządki. Ot, rozrywka nie dla wymagających, ale podobno zabawna i akurat na środę z Orange, czyli na bilety po 7.50/szt. A że chcieliśmy się poczuć jak VIPy, to dopłaciliśmy
3 zł dla wygodniejszych siedzeń, szerszych podłokietników i w ogóle lepiej w każdym calu.

Pierwsze ostrzeżenie otrzymałem, kiedy okazało się, że miejsce obok mnie zajmuje blond stworzenie z popcornem wielkości województwa mazowieckiego i colą, która mogłaby ugasić pragnienie w Etiopii oraz Wielki pożar Londynu w 1666 roku. Pogaszono światła, odbębniliśmy krzykliwe reklamy i rozpoczął się film…

O artystycznych walorach produkcji ze zjawiskową Mają Ostaszewską pisał nie będę, bo każdy może sobie wyrobić na temat własne zdanie, ale to „blond coś” obok mnie wraz ze swoim przyjacielem urwało się chyba z przymusowych robót fizycznych, bo wygłodniali byli jak tchórzofretka po diecie Dukana. Oni nie jedli tego popcornu. Oni walczyli o życie. Bite 50 minut filmu dziewucha chrupała, siorbała, mlaskała, nurkowała w kartonowym pudełku. Raz lub dwa przeżyła dzięki temu cichy orgazm, tak przynajmniej sugerowały dźwięki dochodzące z mojej lewej. Wywróciła także pudełko na lewą stronę, szukając w zakamarkach kartonu pyłu po kukurydzianym przysmaku. Miałem wrażenie, że było to odkrycie jej życia. Obłędna kulinarna orgia.

Kubki smakowe szalały w zawiłym rollecoastarze przy każdym siorbiącym łyku coli, wtórując na krawędzi przykrywki od kubka słomką, niczym szalonym smyczkiem, tworząc jękliwą a przerażającą muzykę. Dla moich uszu oczywiście.

Dobrnęli do końca, pudełko odstawiono pod krzesełko, dziewczę wtuliło się w swojego misiaczka i wydłubując z paszczy resztki przyklejonych popcornowych skórek, oddało się dyskusji. Dochodziły do mnie strzępy rozmowy, toczonej przez następne 50 minut, ale biedny chłopak musiał tłumaczyć wybuchającej śmiechem blondynie, że to nie ten moment, że to śmieszne nie było i że „Strachu” to nie na poważnie taki, tylko gra takiego debila. I tak w kółko. Szeptanie, brzęczenie niższego głosu chłopaka i znowu pytania, nie wymagające zazwyczaj odpowiedzi. Ale tu tak.  Na szczęście w końcu chłopak coś ostrzej odpyskował dziewusze i ta zajęła się oglądaniem. Przez minutę może. Po czym wyjęła komórkę i do końca filmu prowadziła konwersację na facebooku, oślepiając mój kąt oka. Tyle szczęścia, że wyciszoną.

Po filmie moja pani, widząc  irytację, zapytała, czemu nie usiadłem po jej drugiej stronie, gdzie było wolne, a młody chłopak siedzący na następnym krzesełku nawet nie drgnął w czasie seansu. Hmm… Pewnie z powodu, że to kobieta POWINNA być moją prawicą, a nie ja jej.

I tym drobnym szowinistycznym akcentem… MIŁEGO SEANSU  :))))

 

Raingod