W Jaworznie jest kilkadziesiąt „dzikich” miejsc, w których nocują bezdomni. Często to ich wybór, splot niepowodzeń, alkohol… Od noclegowni raczej stronią. Tegoroczna, łagodna zima nie dała się im specjalnie we znaki. W Jaworznie nikt nie zamarzł.Także dzięki pracy funkcjonariuszy, którzy w trudnych warunkach patrolują newralgiczne miejsca i oferują pomoc. Uczestniczyłam w jednym z takich patroli.

BEZDOMNI-RGB1

Nie wzięłam latarki, na szczęście ArekKrzysiek, miejscy strażnicy są przygotowani. Dla nich to chleb powszedni. Jest przenikliwie zimno.

Miejsc, w których koczują bezdomni jest w Jaworznie około 20. Ustalamy je na podstawie patroli, obserwacji i zgłoszeń. Adresy oczywiście się zmieniają. Współpracujemy z policją. Od naszej skuteczności może nawet zależeć czyjeś życie – wyjaśnia Arek.

Godz. 18. Siedziba Straży Miejskiej. Nie zdążyłam zmienić ubrania, wziąć odpowiednich butów. Ale nie chciałam być spóźniona, ustaliłam z komendantem, że będę o 18. – Pani w tych butach się wybiera? – pyta z wątpiącą miną Krzysiek. Pewnie myślą, że paniusia ze mnie. A ja, że dam radę. Wkrótce będę żałować…

18.05 Centrala i miejski monitoring. W dyżurce, przed ekranami monitoringu siedzi Franciszek Pasternak. Od 10 lat w SM. Wyjaśnia, że funkcjonariusze pracują w systemie zmianowym 7-15 i 14-22. Oprócz tego pełną służbę w wydłużonym czasie pracy, zwłaszcza zespoły współpracujące z policją. Franciszek przyjmuje zgłoszenia i obserwuje miasto na monitorach. Takich punktów (w oku kamery) w Jaworznie jest 66. System wciąż się rozbudowuje. Patrzę na ekrany i możliwości zbliżania szczegółów zajść na ulicy. Rozpoznaję miejsca, w których nie spodziewałam się kamer. Myślałam, że są ciemne i opuszczone. Czuję się bezpieczniej. Żartuję, że od tej pory będę pozdrawiać strażników, bo wiem, gdzie patrzą. Okres karnawału, weekendy to statystycznie „gorący czas”. Czasem w tygodniu więcej się dzieje. Latem jest więcej pracy. Aura sprzyja imprezom…

Zimą wszyscy strażnicy miejscy są odpowiedzialni za obserwację bezdomnych. Jednak są zespoły, które w sposób szczególny mają ich pod opieką. Arek, starszy strażnik jest w tej sekcji od dwóch lat. Krzysztof, aplikant, od kilku miesięcy. Arek i Krzysiek sygnalizują, że czas zbierać się na patrol.

18.20 Wyruszamy. Sprawdzam, czy mam aparat, coś do notowania. Chłopaki wyjaśniają, że odwiedzimy kilka punktów, w których koczują bezdomni. Zobaczymy, jaki jest stan ich zdrowia, czy czegoś potrzebują, czy żyją… Asfalt znika po 7 minutach, w okolicach Azot wjeżdżamy w las. Nie wiem gdzie jestem.

18.45 Środek lasu, okolice Łęgu. Strażnicy sprawdzają, czy w pobliżu nie ma dzików. Arek pyta czy szybko biegam … Wolałabym nie sprawdzać. Las, śnieg, las, śnieg, zimno i ciemno. Dobrze, że Arek i Krzysiek mają latarki. Idziemy gęsiego, ja w środku. Przedzieramy się przez chaszcze, trzeba uważać na oczy. Zachodzę w głowę, jak oni orientują się, gdzie mamy iść.

18.55 Agnieszka i Andrzej. Jak spod ziemi wyrastają ruiny jakiegoś muru. Jest wyłom w ścianie, coś jakby częściowo zadaszona nisza. W środku stosy plastikowych i szklanych opakowań, jakieś resztki. Przy turystycznym grillu dwie osoby. Grzeją się. Coś gotują. W garnku pływa trochę ziemniaków i kalafiora.

– Jak jest śnieg, nie ma problemów z wodą. Można roztopić – wyjaśnia Agnieszka. Jej towarzysz to Andrzej. Cieszą się posiłkiem. Są rozmowni. Ona 35 lat, on 43. Wyglądają na znacznie więcej. Od 2009 r. na ulicy. Agnieszka bezrobotna, ma matkę w hospicjum, ale ta ponoć od dawna nie chce jej znać. Andrzej miał wypadek w kopalni, nie przyznano mu renty, matka zmarła, z ojcem były tylko kłótnie, został bez pracy i mieszkania. Brak dowodu osobistego, meldunku. To skreśla go z rynku pracy.

Strażnicy pytają, czy para czegoś potrzebuje, jak zdrowie, czy nie trzeba wezwać pogotowia. – Jest w porządku – słyszymy. Pomaga im ksiądz z Niedzielisk. Agnieszka twierdzi, ze trzyma ich miłość, obejmuje Andrzeja. Dzików się nie boją, rano karmią ptaki. Pytam, czy nie warto spróbować wyrwać się z tego miejsca. Tak. Mają marzenia. Będą mieli wspólny dom, mieszkanie. Będzie praca, będzie lepiej. – Rok temu mówiłaś to samo – wtrąca Arek.

Wracamy do samochodu. Krzysiek pyta, czy zauważyłam butelki z alkoholem. To problem wielu bezdomnych. – Ale w takie noce jak ta, w mróz, raczej się pilnują – mówi Krzysiek. – Wiedzą, że przy takim zimnie to pewna śmierć.

19.30 Okolice ulicy Martyniaków. Wchodzimy w las tuż przy głównej drodze. Za każdym razem, gdy opuszczamy samochód, Arek informuje o tym centralę. To dla bezpieczeństwa. Miejsce, do którego docieramy, jest opuszczone. Trudno nawet mówić o miejscu. To zwoje porzuconych szmat i folii. Pod tym, w śniegu, do niedawna koczowali ludzie. Teraz strażnicy zgłaszają, że już ich nie ma. Właściciel terenu (według ewidencji gruntów) zobowiązany będzie do uprzątnięcia pozostałości po dzikich lokatorach. Idziemy dalej, docieramy do rurociągu ciepłowniczego.

19.50 Janusz i kicia. Ul. Chopina, tereny wzdłuż rurociągu ciepłowniczego. Mężczyzna oparty plecami o rury to 43-letni Janusz. Mówi, że nie jest już bezdomny. Znalazł pracę na budowie. Na noc jedzie do Katowic. Ale to ostatnim autobusem albo kursem nocnym. Przychodzi tu, bo ostatnie 10 lat spędził przy tych rurach, a wraz z nim kotka, która jest jedyną istotą, jaka go nie opuściła, kiedy stracił pracę i dom. Przez te wszystkie lata była przy nim, więc teraz on jej nie opuści. Do miejsca, gdzie nocuje, nie może zabrać zwierzaka. Ale jest przy rurach skoro świt i o zmroku. Karmi czworonożną przyjaciółkę dwa razy dziennie, czasem z nią poleży. Chcę zrobić zdjęcie, ale aparat siada, nawet długopis zamarzł… Idziemy dalej.

20.05 Piątka z szałasu. Odbijamy w las. Po kliku minutach docieramy do szałasu zbitego z desek, plandeki, jest nawet okienko. Dwa prowizoryczne pomieszczenia. Koczuje tu pięcioro bezdomnych. W pierwszym konstruktor budowli, ma fach w ręku. Póki jest młody (40 lat), ma szansę załapać się do pracy dorywczej, bez umowy. Czasem zapłacą, czasem coś do jedzenia przyniesie. Zna się na robocie. Razem z nim, w jednym „pomieszczeniu” z desek, bez drzwi, mieszka Stefan, grubo po 60. Zakutany pod masą szmat i brudnych kołder odpowiada strażnikom na rutynowe pytania. – Da się wytrzymać – mówi. Arek i Krzysiek nakazują mu, żeby wstał, dowiedzieli się, że może mu coś dolegać. Z barłogu wygrzebuje się wychudzony, starszy, brodaty człowiek. Wyraźnie utyka. Został ostatnio pobity. Strażnicy oglądają, w jakim jest stanie. Proponują, że zadzwonią na pogotowie. Mężczyzna nie chce. Młodszy kompan pokazuje, że mają telefon komórkowy, że w razie czego sami zadzwonią po pomoc. Strażnicy sprawdzają, czy telefon działa. Faktycznie jest na chodzie. Mężczyznom udaje się go doładowywać dzięki życzliwości właścicieli pobliskiego sklepu nocnego. Żaden z mieszkańców szałasu nie chce iść do noclegowni.

Rozmawiam ze Stefanem. Mówi, ze dobrze wspomina noclegownię na Pieczyskach. Ale tam często nie ma miejsca. Twierdzi, ze gdzie indziej kradną, czasem trzeba koczować na jednym krzesełku. Cały dobytek trzeba też nosić na grzbiecie, na dzień nie wolno zostawać ani niczego tam przechowywać. Nie ma na to siły. Stracił rachubę, nie pamięta dokładnie, ile już lat jest na ulicy. Miał żonę, dzieci. Wyjechały za granicę, nie ma z nimi kontaktu. Po utracie pracy szybko stracił też mieszkanie, bo nie płacił rachunków. Chodzi po śmietnikach, zawsze coś uzbiera. Chcę jeszcze popytać o przeszłość… Stefan na moment się zawiesza, wracają wspomnienia… Pytam, czy nie zdecyduje się na noclegownię, ale zjawia się podpity mężczyzna, przerywa nam, młodszy kompan Stefana idzie z nim na zarobek. Ma u mężczyzny coś naprawiać. Stefan na powrót kamienieje. – Ja wiem, że już niedługo tak pociągnę – rzuca. W jego oczach dostrzegam strach i bezradność. To bezbronny człowiek. I jakoś z tego powodu odczuwam wstyd. Idę do drugiego pomieszczenia, Arek i Krzysiek zostają ze Stefanem, znają go od lat. Przynajmniej dotrzymają mu przez chwilę towarzystwa.

Drugie pomieszczenie zajmują trzy osoby. Kobieta i dwóch mężczyzn. Lokum podzielono na przedsionek i „sypialnię”. Są dwa psy. Nie wiem, kto jest bardziej sponiewierany: ludzie czy zwierzęta. – Bez gadzinki nigdzie się nie ruszę – płacze kobieta. Więc z noclegowni nici. Poznaję historię bezdomności całej trójki. Są opowieści o konfliktach rodzinnych, wypadku, osobistych dramatach, alkoholu. Dzień rozpoczynają o 10., 11. Idą w miasto zbierać, szperać, czasem trafi się jakaś fucha. W las ściągają na wieczór. Tu, gdzie koczują, starają się stworzyć coś na kształt domu. Jest jakiś obrazek, prowizoryczne radyjko na baterie. Działa. Nie ma nic ciepłego. Jest suchy prowiant – zamarznięty na kość kawałek chleba i wędliny. Podgrzeją to na rurach. Ja, jako gość zajmuję honorowe miejsce na odwróconym wiaderku i jedynej poduszce. Poznaję ich imiona. Basia jest kilka lat starsza ode mnie, a ja myślałam że to staruszka. Odkrywam, że chodziłyśmy do jednej podstawówki. Już wiem, że trudno mi będzie napisać ten reportaż. Baśka mnie poznaje. Wstydzi się. Nie chce zdjęcia. Ale dużo wspomina. Prawie nie dopuszcza do głosu współlokatorów: SławkaBogusława. Jeszcze dwa miesiące temu, po wypadku, nie chodziła. Leżała w pampersach, które dostarczyli życzliwi. Czepia się mojej ręki i błaga, bym zamieściła podziękowania w jej imieniu dla lekarza, który postawił ją na nogi. Podziękowania dla doktora Wojciecha Rejdycha. Dotrzymuję obietnicy. Bohaterowie tej historii mają marzenia. Może kiedyś uda się im doczekać mieszkania, pustostanu. Wyremontują sami… Arek i Krzysiek ponaglają. Mają kolejne zgłoszenie.

20.40 Bezdomny w toalecie. W samochodzie Krzysiek podaje mi pojemnik z żelem antybakteryjnym. To stałe wyposażenie w ich pracy. Łącznik ul. Sienkiewicza z Rynkiem. Jest zgłoszenie, że w miejskiej toalecie koczuje bezdomny. We wskazanym miejscu nie zastajemy nikogo. Chłopaki patrolują okolicę. Bez rezultatu. Fałszywy alarm albo bezdomny zorientował się, że ktoś się nim interesuje i oddalił się.

– Zdarzało się nam znajdować takie osoby w miejskich szaletach. Niestety, były też przypadki, że natykaliśmy się na zamarzniętych – relacjonuje Arek. – Mnie trafiło się znaleźć martwego kolegę…

To trudna służba. – Wszystkich tych ludzi traktujemy jak znajomych. Znamy ich personalia, historie, miejsca, gdzie najczęściej bywają. Weryfikujemy lokalizacje, bo to się zmienia, a ludzie nie powinni znikać z oczu. Oni nam ufają, liczą na nas – mówi Arek.

Warunki, w jakich przebywają są bardzo różne, czasem skrajnie niehigieniczne, oni sami bywają w różnym stanie, nieraz pod wpływem jakichś środków, alkoholu.

– Wracamy do domów, ale w psychice zostaje ślad, myśli gdzieś krążą – dodaje Krzysiek.

Bezdomni, jak zauważa Krzysiek, mają swój honor, swoją dumę. Nigdy o nic nas nie proszą. Chcą zachować godność, człowieczeństwo. Często oprócz zdarzeń losowych, to ich własny wybór. Z bezdomności bardzo trudno wyjść. Za dramatami rodzinnymi stoi najczęściej alkohol. – Wszystko ma swoje drugie dno – wyjaśnia Krzysiek. I pyta mnie, czy zauważyłam, jak bardzo ci ludzie cieszyli się z naszych wizyt, z tego, że podawałam im rękę. – To dla nich bardzo dużo znaczy. Że ktoś przyjdzie, rozmawia z nimi – podkreśla strażnik.

21.00 67-letnia Danuta. Ciężkowice, ul. Szczakowska. Podjeżdżamy do zniszczonego, wyglądającego na opuszczony domku. Chłopaki oświetlają drogę latarkami, wchodzimy na podwórko. Arek puka w okiennice. Po kilku minutach słychać krzątaninę, strażnicy przedstawiają się przez drzwi. Lokatorka ich poznaje, otwiera. Jest bardzo ubogo, ale schludnie i ciepło. Na stoliku lekarstwa, w starym węglowym piecu kuchennym napalone. Danuta ma 67 lat. Straciła pracę po wypadku, ale była za młoda na emeryturę (zabrakło lat pracy i wieku), za zdrowa na rentę. Córka się nią nie interesuje. Pani Danuta choruje na kręgosłup, z MOPS-u dostaje tonę węgla i zasiłek (około 600 zł). Nie ma prądu, bo nie stać jej na opłaty. Ma wodę. Węgiel sama nosi. Z zasiłku kupuje żywność i leki. Czasami idzie do sąsiadki pooglądać telewizję. Strażnicy dopytują, jak się czuje, czy nikt jej nie niepokoi, czy czegoś nie brakuje. Kiedyś u pani Danuty przebywał młody bezdomny. Wtedy nie było tu tak czysto. Po ataku padaczki zabrało go pogotowie, ponoć zajął się nim ojciec. Rozmawiamy, ale chłopaki muszą nam przerwać …

21.20 Żywopłot na Paderewskiego. Jest zgłoszenie, że w żywopłocie na ul. Paderewskiego leży nietrzeźwa kobieta. Na miejscu jesteśmy po 10 minutach. Strażnicy kilkanaście minut przeczesują teren. Ani śladu kobiety. Podjeżdżamy od innej strony. Arek i Krzysiek ponownie patrolują teren. Nie znajdują nikogo. Zgłaszają to w centrali.

22.00 Koniec patrolu. Krzysiek pyta mnie, jakie mam wrażenia. Odpowiadam, że nie spodziewałam się, że ich służba jest tak trudna i niebezpieczna. – A bezdomni? Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi.                 

Aneta Bergieł